Sekcja strzelecka

Sekcja strzelecka
Sekcja strzelców 1st CPB

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Znów do „hitlerowców”, czyli co powie Mołdaw

Trochę mi zeszło z odpowiedzią, ale okres przedświąteczny sprzyja refleksji co niniejszym czynię.

Cieszę się, że mnie trochę rozszyfrowałeś. Moim celem była prowokacja (mam nadzieję, że nasi czytelnicy nie poprzestaną na przeczytaniu tego zdania i pozwolą sobie na poświęcenie chwili na dalszą lekturę) i poruszenie refleksji w tej części ruchu rekonstrukcyjnego, która wymaga najwięcej „samokontroli ruchu rekonstrukcyjnego” jak to nazwałeś.

Używając słowa hitlerowiec, czasami nawet pisanego dużą literą (!), robiłem to specjalnie. Wydaje mi się, że po serii protestów, bardzo słusznych, gdy wypominano Niemcom, że chcą zrzucić wojnę na „hitlerowców”, odniosłem wrażenie, że część ruchu odtwarzającego Niemców robi odwrotnie - potrafi „zapomnieć”, że odtwarza żołnierzy Hitlera, a nie jakiś dobrotliwych Niemców. Zapomina, że odtwarza żołnierzy realizujących konkretną politykę konkretnej partii i jej wodza.

Zgodzę się z tym, że wśród rekonstruktorów jednostek niemieckich mamy sporo naprawdę łebskich ludzi, dla których historia, którą odtwarzają jest ważna we wszystkich jej aspektach. Niestety mam wrażenie, że przybywa również, także poprzez popularność tej rekonstrukcji, zupełnych historycznych tumanów, dla których liczy się tylko ładny mundur, STG, MG i „najlepsze na świecie czołgi WW2”.

Wg mnie odtwarzanie żołnierza niemieckiego czy radzieckiego nie jest tym samym co rekonstrukcja aliancka. Oczywiście przede wszystkim ze względu na zbrodnie ciążące nad owymi armiami, na zbrodnicze reżimy, które reprezentowali. Uważam, że w związku z tym możemy oczekiwać więcej od odtwarzających ich rekonstruktorów.

Żeby nie być gołosłownym posłużę się własnym przykładem. Odtwarzam postać kapelana i muszę pamiętać o tym, że gdy jestem w „swoim” mundurze wolno mi mniej. Bo bez względu na to czy jestem w inscenizacji, na dioramie, czy „na piwie” muszę pamiętać, że nie wszystko mi wolno. Nie powinienem np. przeklinać, być zbyt głośnym, opowiadać sprośnych żartów. Nie jestem prawdziwym wojskowym księdzem, ale muszę się zachowywać trochę jakbym nim był. Podobnie, wg mnie, jest z odtwórcami żołnierzy niemieckich. Dlatego nie podoba mi się chodzenie w mundurach niemieckich „na piwo”, bo owo piwo, zgodnie z „in vino veritas” ;-), wyciąga z ludzi różne reakcje. Nie tylko zresztą alkohol. W swojej, nie tak długiej przecież, karierze rekonstruktora zdarzyło mi się widzieć stojących w kółku rekonstruktorów w mundurach niemieckich, opowiadających dowcipy o Żydach, ciasteczka w kształcie swastyki, ludzi, którzy w dyskusji używali argumentu „ja, jako oficer SS”, quasinazistowskie toasty. Wszystkie takie momenty powodują, że zaczynam się bać o wizerunek całego ruchu rekonstrukcyjnego.

Zdaję sobie sprawę, że wg niektórych, czepiam się rekonstruowania Niemców, ale wydaje mi się, że przedstawiam także, w pewnym stopniu, bo przede wszystkim są to moje wątpliwości, głos tych, którzy nie rozumieją rekonstruktorów „niemieckich”. Jeden z moich kolegów zadał np. w komentarzu, pytanie „Ile jest w Niemczech grup odtwarzających wojsko polskie, skoro w Polsce jest tyle grup upamiętniających Niemców w czasie WW2?”.

Częścią dalszą dyskusji pod zdjęciem „banderowca” są stwierdzenia, że to temat „trudny i delikatny” i trzeba bardzo uważać przy jego odtwarzaniu. Pamiętasz ile emocji wzbudziła inscenizacja epizodu „rzezi na Wołyniu”? Była to chyba jedyna inscenizacja transmitowana na żywo w telewizji. Takich emocji nie wzbudzają nawet rekonstruktorzy jednostek SS, a przecież SS-mani wymordowali wielokroć więcej ludzi niż ukraińscy nacjonaliści. Wydaje się nawet, że łatwiej jest znaleźć np. w sieci, usprawiedliwienie czynów tych drugich niż głosy, które starałyby się znaleźć genezę zbrodni ukraińskich.

Zgadzam się, że prawdziwy historyk powinien do historii podchodzić z chłodnym „szkiełkiem i okiem”, bez emocji i stawiania się po jakiejkolwiek ze stron. Wiesz jednak, że jest to trudne nawet dla zawodowców, można znaleźć np. opracowania historyczne tak patriotyczne, że absolutnie zatracające obiektywizm. Tym trudniej jest wymagać takiego spojrzenia od amatorów historii. Ale trzeba to robić, choćby po to by nie traktować rekonstrukcji historycznej jak „zabawy w żołnierzyki w skali 1:1”.

Ci, którzy znają Stowarzyszenie Zachód 1944 wiedzą, że w naszych inscenizacjach i dioramach staramy się o zachowanie obiektywnego spojrzenia na obie strony konfliktu. Wielokrotnie we współtworzonych przez nas inscenizacjach dochodziło do negocjacji, wymiany rannych, scen opatrywania rannych stron przeciwnych. Oczywiście jest nam łatwiej, odtwarzamy front zachodni, gdzie do takich humanitarnych zachowań dochodziło znacznie częściej.

Z drugiej strony, ostatnio w Łabiszynie doświadczyłem jaskrawego pokazania barbarzyństwa strony niemieckiej przez jej rekonstruktorów. W czasie inscenizacji Oosterbeek „SS-mani” wyrwali mnie z tłumu jeńców i chcieli rozstrzelać („uratował” mnie WH), w niedzielę, pod Driel, dostałem strzał w plecy gdy opatrywałem rannego. Wydawałoby się, że jako zdeklarowany „przeciwnik hitlerowców” powinienem być z takiej sytuacji zadowolony ;-), ale... w obu tych epizodach nie było prawdy. Młodzi ludzie, bawiąc się w SS trochę się zapominają. Ich zachowanie pokazuje wg mnie jeden z motywów odtwarzania Niemców – kiedy to po prostu przyciąga zło.

Dotyczy to nie tylko Niemców/Hitlerowców. Uczestniczyłem kiedyś w inscenizacji epizodu Żołnierzy Wyklętych (których wolę nazywać Niezłomnymi), która zakończyła się strzelaniem w tył głowy pojmanych partyzantom przez żołnierzy tzw. LWP. Mam wrażenie, że drastyczność tej sceny specjalnie cieszyła owych odtwórców lwp-owskich.

Co do „wycieczek osobistych” - nie doceniasz mojej odporności ;-) Twoje prowokacje to nic w porównaniu z kilkoma rozgorączkowanymi wpisami młodych ludzi na Facebooku i innych forach. Internet i jego anonimowość sięgają u niektórych do głębokich pokładów frustracji. Twoje „prztyczki” zmuszały jednak do myślenia.

Masz rację, myślę, że ruch rekonstrukcyjny dorósł już do określenia pewnych definicji i co za tym idzie standardów. Nie może się to odbyć w trybie jakichkolwiek urzędowych czy nawet samorządowych (w szerokim znaczeniu tego słowa) decyzji, środowisko musi to wypracować samo i tego się potem trzymać. Jedną z takich definicji jest właśnie tworzona przez Ciebie definicja rekonstruktora. Myślę, że duża część rekonstruktorów skupia się na czymś co można by nazwać „robieniem lalki”, czyli odtwarzaniu samej postaci, doprowadzając to do szczegółowego absurdu, który można nazwać „nadkoszernością”. Wystarczy poczytać dyskusje na Facebooku, czy forach internetowych, ogromna, przeważająca większość z ich nie dotyczy historii, ale tego w co i jak był umundurowany, wyposażony żołnierz, czyli równie dobrze mogłyby to być fora modelarskie (bez urażenia modelarzy, wiem, że też interesują się historią).

Z tego względu niesłychanie cieszy mnie Twoja inicjatywa zbadania motywacji w ruchu rekonstrukcyjnym i jej usystematyzowania.

Co do zawiłości historycznych moglibyśmy przeprowadzić szeroki dyskurs o tym czy Hitler przed wojną był zbrodniarzem (pewnie rodziny zamordowanych ludzi niepełnosprawnych umysłowo nie zgodzili by się z Tobą) i czy traktowanie go jak gwiazdę i wielkiego europejskiego przywódcę czegoś dowodzi. Nie podejmuję się tego teraz, zostawiam to na spotkanie osobiste. Swoją drogą właśnie przeczytałem, ze szef Formuły 1 chwali Putina i uważa, że ten powinien rządzić Europą.

Zaś tym, którzy nadal nie mogą zrozumieć mojego zdania dedykuję kolejne przykłady. Jedna z postaci polskiej rekonstrukcji, miły człowiek piszący bardzo dobre teksty popularyzujące historię, w niezrozumiały dla mnie sposób zareagował na otwarcie Muzeum Żydów Polskich. Nie chcąc oskarżać go o antysemityzm zrozumiałem jego wpis jako wołanie, że jeżeli mamy w Polsce pieniądze do wydania na historię wydajmy ją na odrestaurowanie Westerplatte albo inne polskie miejsce itp. Biorąc pod uwagę ten konkretny przypadek nie mogę się oczywiście zgodzić z owym kolegą, ale... Rekonstruktorzy żołnierzy niemieckich czy nie czujecie czasami, że Wasze działania prowadzą do „budowania mobilnego muzeum” armii III Rzeszy? Czy w wielu Waszych domach nie ma namiastki takiego muzeum? Ile w Waszych galeriach komputerowych jest zdjęć historycznych, a ile zdjęć archiwizowanych tylko po to bo „ta kurtka dobrze tu wyszła”, „widać szczegóły wyposażenia”, „wyraźnie widać kamuflaż”, itd.

I wreszcie najbardziej zaczepnie - jak zareagowalibyście na muzeum UPA w Polsce?

Zubek

środa, 10 grudnia 2014

Dlaczego odtwarzacie Hitlerowców? - moja odpowiedź

Wszystkim moim szanownym czytelnikom winien jestem odpowiedź na wiele głosów i komentarzy pod moim felietonem o niezrozumieniu rekonstrukcji hitlerowców. Muszę przyznać, że chciałem odczekać chwilę, gdy gorące głowy ostygną, a ja sam, po niektórych komentarzach, złapię oddech i równowagę (pełen zrozumienia i tolerancji). Czas ten nadszedł z chwilą gdy mądrą i rzeczową dyskusję podjął Grzegorz Antoszek zwany Mołdawem, którego tekst będzie dla mnie podstawą do odpowiedzi. Z góry przepraszam, Mołdawa, że nie potraktuję odpowiedzi bardziej personalnie i że nie przyjmę konwencji „Proszę Pana”, ale jako kolega rekonstruktor pozwolę sobie przejść na Ty, co i Jemu proponuję (jako prawdopodobnie starszy).

Na początku muszę się odnieść do pełnego niezrozumienia moich intencji przez część czytelników. 

Jeden mój znajomy mówi, że to moja wina, bo tekst zbyt inteligentny, ale ja tak nie uważam, po prostu zbyt słabo zaznaczyłem, że NIE nienawidzę rekonstruktorów jednostek niemieckich rzeszy z numerem trzy. Z góry przepraszam za duże litery, ale kilku moim znajomym rekonstruktorom musiałem tłumaczyć, że nie nienawidzę ich personalnie. Tym razem nie chcę pozostawić żadnych wątpliwości.

Należę do grona ludzi, która potrafi, nie rozumiejąc nawet do końca ludzkich intencji, oceniać ludzi raczej po ich działaniach, słowach itp. Pozwalam im robić to co robią, zostawiam sobie ocenę gdy ich działanie nie czyni szkody innym, a w naszym wypadku także historii. Wiedzą o tym dobrze moi koledzy ze stowarzyszenia odtwarzający postacie FJ-otów. Co nie przeczy temu, że gdy mam wątpliwości i czegoś nie rozumiem pytam i dociekam, protestuję gdy coś mnie uwiera. Stąd felieton i rekofelietony jako takie.

Druga ważna uwaga dotyczy sprawy, ślady której można znaleźć także w tekstach Mołdawa. Armię hitlerowską i czerwoną traktuję podobnie.Odnoszę się przede wszystkim (choć nie tylko odniesienia do tej drugiej armii można znaleźć w felietonie) do Niemców dlatego, że jako rekonstruktor aliancki rzadko spotykam się z rekonstruktorami Armii Czerwonej.

Wracam do tekstu Mołdawa, na który odpowiem, starając się w ten sposób odpowiedzieć wszystkim komentatorom z bloga, Facebooka i kilku forów, którzy mojemu felietonowi poświęcili swój czas i uwagę (odpowiedź Mołdawa znajdziecie w częściach pod poprzednim felietonem).
Na początku pozwolę sobie dokładnie odpowiedzieć na konkretny cytat:
„pozwolę sobie wyrazić swój sprzeciw wobec oczerniania rekonstruktorów strony niemieckiej. Uważam, że Pańskie podejście jest stronnicze i nieprzemyślane, a ponadto podszyte nie do końca przeze mnie zrozumiałymi uprzedzeniami”.

Ani moją intencją nie było, ani w felietonie nie można znaleźć elementów oczerniania kogokolwiek. Oczywiście, że moje podejście jest stronnicze - taka jest bowiem formuła felietonu. Przypisanie zaś mi nieprzemyślenia sprawy zakrawa na... oczernianie (to oczywisty mój żart, oczywiście). Może racją jest to, że jestem uprzedzony, ale moje uprzedzenie tłumaczę tym, że należę do obywateli kraju, który w wojnie wywołanej przez Niemców/Hitlerowców stracił 6 mln obywateli i niepodległość na 50 lat!
Do rzeczy.

Kolejną rzeczą, którą Mołdaw zdajesz się poruszać szczególnie, jest rozróżnienie dobrego WH i złej SS (tu się przynajmniej zgadzamy). Wg mnie Wermacht nie był armią apolityczną, to dzięki armii Adolf Hitler tak naprawdę doszedł do władzy. To dowódcy armii zaproponowali przyjęcie symboliki nazistowskiej i przysięgi na wierność przywódcy nazistowskiego państwa. To armia była głównym narzędziem polityki Hitlera i dokonywała pierwszych zbrodni wojennych. Kolejnych również, także poprzez pomoc i bierne przyglądanie się zbrodniom SS i oddziałów paramilitarnych. Dlatego właśnie pozwalam sobie na nazywanie odtwarzanych przez rekonstruktorów jednostek niemieckich postaci – Hitlerowcami. Stanowisko, które prezentujesz powoduje, że część młodszych rekonstruktorów pozwala sobie na niezauważanie tej niewygodnej historii ich postaci. Dodatkowo jest ono bliskie powojennej tendencji do zrzucania całej odpowiedzialności na SS, która, całe szczęście została zweryfikowana przez wielu historyków.

Jako przykład proponuję historię: na jednej z grup facebookowych, na której rekonstruktorzy prezentują postaci historyczne, zaprezentowano postać banderowca. Jeden z uczestników dyskusji zaprotestował przeciwko odtwarzaniu tej postaci, tymczasem, gdy zadałem sobie trud by to sprawdzić, okazało się, że ów rekonstruktor kilka dni wcześniej „polubił”, bez zastrzeżeń, postać dirlewangerowca. Nie chcąc doszukiwać się głębszych intencji tłumaczę to sobie tak – zbrodnie banderowców są na porządku medialnym, by znać zbrodnie dirlewangerowców trzeba trochę liznąć historii, a nie skupiać się tylko na zdjęciach.

Ważne – nigdzie nie nazywam odtwórców Hitlerowcami, tak jak nie przychodzi mi do głowy nazywać siebie Kanadyjczykiem, ale nadal będę tak nazywał odtwarzane przez nich postacie.

Mołdaw, dziękuję za dobre słowo dotyczące mojej amatorskiej klasyfikacji intencji rekonstruktorów niemieckich. Podobnie tak jak Ty pozwolę sobie skomentować Twoje komentarze ;-) (wiem, ze w poważnym tekście nie powinno być emotikonów, ale czasami warto dopełnić wyraźną intencję zdania – dla powszechnego zrozumienia).

1. Altruiści”
Rzeczywiście grup odtwarzających armię niemiecką, w porównaniu z innymi razem wziętymi jest dość równo. Gdy jednak porównamy ilość grup „niemieckich” do jakiejkolwiek innej, konkretnej nacji, czy armii to już proporcja nie jest tak oczywista. Może „wrześniowcy” polscy?

To prawda nie mam żalu do Finów, Rumunów, Włochów itp. za drugą wojnę światową (właściwiej byłoby napisać o „mniejszym żalu”, bo jednak byli sojusznikami Hitlera), ale to może dlatego, że żadna z tych nacji nie miała na celu zniewolenia Polski i Polaków, nie zbudowała na terenie mojego kraju obozów koncentracyjnych by przemysłowo mordować jego obywateli i nie tylko.

Kluczowe dla mojego „niezrozumienia” jest właśnie to, że wg mnie wybór pomiędzy postacią Polaka, Kanadyjczyka, Amerykanina, a Niemca czy żołnierza Armii Czerwonej nie jest tak prosty jak między „pączkiem, czy ciastem”. Wiele powyższych zdań tłumaczy różnicę.

A z altruizmu, jako argumentu usprawiedliwiającego rekonstrukcję żołnierzy hitlerowskich, zawsze się będę śmiał. Dlaczego? Bo jest to argument nieprawdziwy i tak go będę pojmował dopóki nie znajdzie się choć jeden rekonstruktor, który szczerze (nie z przekory) powie mi, że wydaje tysiące złotych tylko dlatego żeby moi koledzy mieli z kim walczyć na inscenizacjach.

Jeśli zadajesz pytanie o rekonstruowanie zdrajców Polski, a samo pytanie może zdradzać Twoje poglądy, to tym bardziej mogę nie rozumieć Twojej obrony rekonstruktorów „niemieckich”. Choć nie, przecież Niemcy nie zdradzili Polski! ;-)

I czemu Pan rekonstruuje sylwetkę kapłana? Bo brzydzi się Pan zabijania?”.
Nie rozumiem intencji pytania, ale mogę na nie odpowiedzieć. Jestem już starszym człowiekiem, do tego grubym, a moja grupa odtwarza spadochroniarzy. Wydawało mi się, że postać kapelana, pełniącego również funkcję sanitariusza, będzie mniej karykaturalna niż np. strzelca spadochronowego. Dodatkową motywacją, choć przyznaję przyszła później, jest historia i rola kapelanów, absolutnie nie do przecenienia. No i w życiu wystrzeliłem już swoje.

„2. Wielbiciele techniki i ładnych uniformów”.
Sam przyznajesz, że wybór i preferencje co do „urody” narzędzi zabijania i jakości, czy uniformów są bardzo osobiste. Też tak uważam, nie można obarczać narzędzi wojny sprawianymi przez ich użytkowników czynami. Nie będę dyskutował o wyższości tego czołgu nad tamtym, czy historii tego czy tamtego karabinu. Podziwiam kolekcjonerów, którzy zbierają różne rodzaje uzbrojenia i muzea, w których można znaleźć broń wszystkich stron konfliktu.

Moją intencją było jednak spojrzenie nie na broń, a na jedną z motywacji odtwarzania żołnierzy hitlerowskich. Wg mnie niezrozumiałe jest stwierdzenie - „będę odtwarzał Niemca, bo mieli fajne mundury”, a wierz mi kilkakrotnie ten argument padał jako pierwszy. Naprawdę, przy całym ciężarze historii, która związana jest z armią III Rzeszy, argument ten wydaje mi się potwornie miałki i niezgodny z ideą rekonstrukcji historycznej. Stąd później bierze się rekonstrukcja oparta na zdjęciach a nie na książkach, no chyba że owe zawierają obrazki, co wg mnie jest jednym z największych grzechów rekonstrukcji (także po stronie alianckiej).

...Słów "że gdyby ta broń była doskonalsza, to wielu Polaków nie byłoby dzisiaj na świecie..." po porostu nie będę komentował. Są infantylne i nie pasują do obrazu człowieka dorosłego i niewątpliwie inteligentnego”.
Drobna uwaga osobista: jeśli twierdzisz, że nie będziesz komentował, to postaraj się, żeby już następne zdanie nie było komentarzem. Do owego komentarza – czyżby to komentowane zdanie nie było prawdziwe? Naprawdę przecież jest tak, że gdyby Hitlerowcom wyszło kilka wynalazków, to wojna skończyłaby się inaczej - wszystko wskazuje na to że, co ciekawe, jeszcze gorzej dla Polski.

„3. Zwykli żołnierze”
Jednym z argumentów podnoszonych przez rekonstruktorów niemieckich, przyznam że to mój ulubiony, jest ów, że „Alianci też mordowali”. Jeden z internautów wykazał się nawet zdumiewająco szczegółową listą owych zbrodni. Zgadza się, ale proponuję, nie usprawiedliwiając owych okrutnych naruszeń prawa, rozróżnić rozstrzelanie SS-manów z załogi wyzwolonego obozu koncentracyjnego, jeńców pojmanych w potyczce, w której zabito „naszych” żołnierzy, od masowej eksterminacji ludności cywilnej, planowanemu wyludnianiu terenów zajętych przez armię, stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej za ataki podziemia. Ja widzę różnicę. Aż zanadto wyraźną.

Jedyną rysę na owej różnicy są wspomniane dywanowe naloty na niemieckie miasta. Absolutnie terrorystyczne, także w mojej ocenie, w drugim okresie wojny.

4. Historycy”
Chciałbym wyraźnie czuć refleksję wobec odtwarzanych żołnierzy niemieckich, która pozwoliłaby mi uwierzyć, że owe „utożsamianie się” z odtwarzanymi żołnierzami nie idzie za daleko. Pozwolę sobie do tego wrócić pod tekstem, żeby nie mieszać w naszej dyskusji.


Piwo w mundurze”
Nigdzie w moim tekście nie znalazłem nawet fragmentu, który negował by noszenie munduru niemieckiego na dioramie czy na terenie inscenizacji po jej trwaniu. Wg mnie podstawowym celem rekonstrukcji historycznej jest jej rola edukacyjna. Jesteśmy takimi „ruchomymi muzeami” i temu służą inscenizacje i dioramy. To oczywiste, że ktoś będący częścią dioramy jest jej... częścią. Kłopot rodzi się wtedy gdy ów rekonstruktor ma do powiedzenia tyle co kot napłakał, czyli niewiele więcej niż o swoim mundurze i broni. Źle, gdy jest to rekonstruktor „aliancki”, ale gdy jest to rekonstruktor „niemiecki”, to wg mnie grzech (pozwalam sobie na to słowo jako rekonstruktor kapelana ;-)) śmiertelny.

A radosne piwko w mundurze SS-mana poza terenem inscenizacji, gdzieś w miasteczku w kawiarni to zawsze wygląda na prowokację i bezmyślność. Do tych, którym wydaje się, że nie wiem jak jest w Łabiszynie – wiem, że na sobotę całe miasteczko zostaje areną inscenizacji i rekonstrukcji, tam naprawdę panują inne prawa. Wiem także, że np. Strefa Militarna w Podrzeczu w regulaminie umieściła zakaz wychodzenia w umundurowaniu sygnowanym znakami nazistowskimi poza teren Zlotu.

Uważam, że nie odpowiedział Pan na pytanie postawione w tytule. Zostawił Pan kwestię niedopowiedzianą, na końcu posługując się ponownie argumentem emocjonalnym”.

Są pytania, na które nie trzeba odpowiedzi, ale na to tytułowe akurat padła.
Oczywiście mogą one nie być łatwe, w związku z tym pozwolę sobie na streszczenie:
  • Dlatego, że argument o altruizmie wydaje mi się nieprawdziwy;
  • argument o fascynacji mundurem i sprzętem wydaje mi się błahy w porównaniu z ciężarem historii;
  • argument o odtwarzaniu „zwykłych żołnierzy”, mimo że najbardziej trafny, podobnie jak ten z fascynacją nie jest zbyt silny, tym bardziej, że nawiązuje do tłumaczeń hitlerowskich po wojnie;
  • padający argument, bardzo częsty w odpowiedziach na Facebooku, „a Alianci też mordowali”, przy całej swojej prawdziwości, jako odpowiedź na pytanie „dlaczego?” jest... nierozsądny.

Twój kolejny ważny argument - nie, nie znamy różnych relacji, też znam te historie gdy świadkowie historii dziękują rekonstruktorom jednostek niemieckich. Sam byłem świadkiem paru takich spotkań. Weterani różnych stron spotykają się ze sobą i przyjaźnią. Jednak różnica między nami a nimi jest taka, że Oni mają prawo wybaczać swoim przeciwnikom, czy dawnym wrogom, my powinniśmy patrzeć szerzej i oceniać nie tylko dzielnego kapitana Millera, a niemiecką armię. A podziw dla jej sprawności i dzielności nie może nam wypaczać oceny, bo rekonstrukcja historyczna to nie tylko modelarstwo w skali 1:1, ale przede wszystkim edukacja i odtwarzanie historii.

Argument o tym, że źle oceniają rekonstrukcję Niemców ludzie wychowani w PRL, poddani indoktrynacji sowieckiej może spowodować, że mój przyjaciel Globus (zły brat) może dać Ci w mordę (żart, no i powinno być łagodniej "w twarz", ale przyznasz, że co morda to morda).

Mołdaw: ja nie neguję rekonstrukcji jednostek niemieckich i potrafię znaleźć rozsądne odpowiedzi na swoje własne pytanie. Zobacz jednak jak na owo pytanie odpowiedzieli członkowie społeczności internetowo – rekonstrukcyjnej, ile było próby rzeczowej odpowiedzi na stawiane tezy, a ile zacietrzewienia, błahych i miałkich argumentów, ile pokazania słabej znajomości historii. O ile te cechy można znaleźć u wszystkich rekonstruktorów, o tyle u rekonstruktorów „trudniejszych” tematów „ciemnej strony mocy” można oczekiwać większej refleksji i znajomości historii.

Bardzo Ci dziękuję za wyczerpującą wypowiedź i mam nadzieję, że powyższy tekst stanowi w miarę pełną odpowiedź. Jednak proponuję naszą ew. dyskusję przenieść o poziom wyżej i byś swoją ew. polemikę próbował napisać tak, by nie punktować kolejnych sformułowań, co niniejszym również obiecuję.

Zubek

Ps 1. Trochę wyrzucone za nawias tekstu, ale ważne przeprosiny dla tych, którym trudno czytało się powyższe zdania oparte na tekście Mołdawa. Czasami pewnie wymagało to spojrzenia na jego odpowiedzi na mój poprzedni felieton. Przepraszam, ale taka forma była dla mnie łatwiejsza.

Ps 2. Dopiero teraz pomyślałem, że Mołdaw mogłeś poczuć się urażony narzuconą formą „tykania”, bądź pewny pełnego szacunku jakim Cię darzę, a forma taka wydawała mi się prostsza. Wydaje mi się także, że w tym małym świadku rekonstrukcyjnym się znamy.

Ps 3. Tym którzy dopatrują się w moich przemyśleniach i wątpliwościach drugiego dna i ukrytych intencji oświadczam co następuje: nazywam się Arkadiusz Bojarun (zwany Buncolem lub Zubkiem) i podawane w moim blogu przemyślenia, wnioski itd. stanowią moje własne myśli wynikające m.in. z wielu rozmów prowadzonych z ludźmi. Jeśli przedstawiam zdania innych osób, czynię to wyraźnie cytując ich z nazwiska lub podając jako konkretne osoby (znajomych, rekonstruktorów, przyjaciół) gdy nie mam zgody na ujawnienie ich tożsamości. Nie mam żadnych ukrytych intencji, nie chcę nikogo specjalnie pognębić, ani dotknąć. Jeśli ktoś czuje się urażony konkretnymi sformułowaniami z chęcią podejmę polemikę, gdy trzeba przeproszę.

Tym, którzy uważają, że moje publikacje są złe, szkodliwe itp. informuje, że nie można odpowiedzialnością za nie obarczać np. moich kolegów ze stowarzyszenia, chyba, że stosujemy odpowiedzialność zbiorową, podobnie jak opisywane reżimy ;-)

I na koniec - lubię „hejterów” i nie mam nic przeciwko nim, pod warunkiem, że nie zabijają rzeczowej dyskusji. Lubię gdy konkretne „hejty” pozwalają mi poznać z zupełnie innej strony kolegów rekonstruktorów.

Ps 4. Ważne i na poważnie. Znów specjalnie wyrzucone za margines właściwego tekstu. Gdy pisałem pierwszy felieton przed oczami stawała mi czasami konkretna grupa odtwarzająca SS, która w swych działaniach rekonstrukcyjnych szła stanowczo za daleko. Ich utożsamianie się z odtwarzanymi postaciami stało się zbyt głębokie i nie jest to tylko moje zdanie. Ale nie chciałem pisać o tym konkretnym przypadku, choć bez wątpienia byłby to dobry argument. Jednak tylko jeden.

Gdy jednemu z moich rekonstrukcyjnych towarzyszy, którego nigdy nie widziałem w innym niż niemiecki mundurze, powiedziałem „przecież wiesz, że jest taka grupa, która w utożsamianiu się idzie za daleko”, odparł, że zna co najmniej takie dwie. A to pozwala mi zadać pytanie: Drodzy Panowie rekonstruktorzy czy naprawdę nie znacie takich naszych kolegów, którzy przy odtwarzaniu żołnierzy niemieckich III Rzeszy idą o krok, lub nawet parę kroków za daleko? Czy nie uważacie, że tolerowanie takich przypadków może spowodować poważne kłopoty dla całego ruchu rekonstrukcyjnego?

z.

Zdjęcie: bez zdjęcia, bo teraz to już boję się, że umieszczenie czyjegoś wizerunku pod takim "oszczerczym" felietonem może urazić uczucia nawet dobrego znajomego.

piątek, 31 października 2014

Psa nie było, ale był koń, czyli jak brat Pitt wojnę wygrywał

Obejrzałem film z naszego nazwany „Furią” i muszę, jak to mam w zwyczaju, przedstawić swoje zdanie odrębne. Otóż film mi się podobał. Podobała mi się jego trochę mroczna atmosfera, podkreślające ją zdjęcia i obrazki, to, że wojna jest w nim wojną ze wszystkimi konsekwencjami, że wszechobecne błoto niemal wylewa się z ekranu, że czuć duszność owego czołgu i bezradność jego załogi wobec... wojny. Wojny, którą mieli nadzieję przeżyć.

Film ma oczywiście swoje gorsze chwile, a o jego minusach można by napisać to i owo, ale... To jest film! Film wojenny, a nie historyczny. Oczywiście dzieje się w konkretnej rzeczywistości WW2, czasie i przestrzeni, ale nie przedstawia żadnej konkretnej bitwy czy potyczki.

Film jest jednak filmem ze wszystkimi przynależnymi mu minusami. Skrótami myślowymi i scenami symbolicznymi. Szczególnie rekonstruktorzy historyczni powinni zrozumieć konieczność „skrótów myślowych” i np. walki w bliskiej odległości. Ale film ma swoje prawa i założę się, że większość jego błędów merytorycznych bierze się z praw owych.

Wojna w „Furii” jest prawdziwa także dlatego, że jest w niej stosunkowo mało samej walki, czasami jest to niemal film drogi, bo czołgi jadą i jadą, a na dodatek jest ich coraz mniej, bo podczas tej jazdy co rusz źli naziści niszczą ten i ów, te akcje jednak są szybkie i znów wracamy do jazdy...

Ja polubiłem ten film z powodu dwóch wątków.

Po pierwsze okazuje się, że w filmie o czołgach musi być zwierzę, raz jest to pies, a raz drugi jest to... koń. Bo ja lubię „Furię” za to, że Amerykanie odkryli, i tak ich to odkrycie zachwyciło, że wspominają o tym kilka razy i pokazują to na obrazkach, że niemiecka armia jeździła i ciągała się konno. Warto o tym pamiętać i od czasu do czasu pokazać, że konie pełniły w tej armii bardzo ważną rolę. I „Furia” to zauważa.

Po drugie polubiłem postać sierżanta granego przez Pitta i jego stosunki z załogą. Są z sobą i walczą od trzech lat i mimo że stanowią zgraną paczkę lubiącą m.in. pikantne żarciki, nadal ich dowódca budzi w nich szacunek. Wg mnie mistrzostwem jest scena przy stole gdzie sierżant "Wardaddy" przy pomocy groźby, prośby i kompromisów podporządkowuje sobie rozhulanych i pijanych żołnierzy.

Za co mógłbym ten film nie lubić?

Ze wspomnień pancerniaków wynika, że większość czołgów wyeliminowanych z walki była po prostu uszkodzona, zaś stosunek zniszczonych czołgów do zabitych czołgistów wcale nie był proporcjonalny. Żołnierze ewakuowali się ze swoich maszyn, by je naprawić lub „pobrać nowe z magazynu”. Tymczasem towarzysze walki załogi „Furii” giną wraz ze swoimi maszynami, wszyscy. Nie lubię.

Film polecam i z pewnością obejrzę jeszcze jeden raz by wyłapać smaczki i posłuchać niezłej muzyki.

Zubek

Ps. Na koniec pozwolę sobie na uwagę. W internecie pokazały się memy, ochoczo podejmowane przez rekonstruktorów jednostek niemieckich, które mieszają historię z rzeczywistością wirtualną filmu. Z nich możemy się dowiedzieć jaki, ile i jakich, hitlerowski bohater natłukł czołgów i w domyśle jaka jest jego przewaga nad bohaterem „Furii”. Panowie, naprawdę musicie poprawiać sobie w ten sposób samopoczucie? Przecież w końcu ci filmowi SS-mani owego sierżanta i prawie całą załogę utłukli!

Z.

wtorek, 23 września 2014

Dlaczego nie rozumiem rekonstrukcji hitlerowców?

Mam kolegę, który odtwarza postacie żołnierzy niemieckich i ostatnio poprosił mnie, żeby nie nazywać ich hitlerowcami i naziolami. Źle mu się to kojarzy i wydaje się, że takie nazywanie może utożsamić ich z ideologią rzeszy z numerem trzecim. Tymczasem u nas w grupie funkcjonują równolegle dwie ekipy: Kanadole i Niemcy. Jednych i drugich nazywa się u nas zgodnie z odtwarzanymi postaciami i czasami budzi to uśmiechy (gdy mowa o tym, że kanadyjski spadochroniarz musiał w ramach zaliczenia testu sprawności zabić niedźwiedzia gołymi rękami), czasem jest żenujące (gdy mowa o... a po co Wam to wiedzieć?), ale jakoś musimy do siebie grupowo mówić. Jednym z synonimów naszych Niemców wydawało mi się słowo „hitlerowcy”, zgodne, wg mnie, z prawdą. Niemieccy żołnierze, których odtwarzają moi kumple, byli żołnierzami Hitlera i realizowali jego rozkazy, jemu przysięgali wierność. Wydawało mi się naturalne, że skoro gdy przebiorę się w mundur kapelana batalionowego chłopaki mówią do mnie „Padre”, to na przebranego w mundur hitlerowskiego żołnierza mogę mówić – hitlerowcu. Rozumiem, że może to uwierać, bo żyją jeszcze ludzie, którzy od owych hitlerowców zaznali krzywd, ale przecież tak jest. Chcesz nosić mundur Niemca z okresu WW2 i szpanować MG 42, MP 40 itd. to pogódź się z tym, że odtwarzasz postać hitlerowca realizującego politykę i rozkazy nazistów. Sorry, ale taki mamy klimat.
To oczywiście jednoznaczne i brutalne postawienie sprawy, która ma, oczywiście, jak prawie zawsze, wiele odcieni.

Już od jakiegoś czasu zbierałem się, żeby napisać o moim niezrozumieniu rekonstrukcji oddziałów niemieckich, ze szczególnym uwzględnieniem Super Sportowców (jak nazywają ich bracia Czesi) czy Elektryków (jak nazywamy ich my). Męczy mnie to od początku mojej przygody z rekonstrukcją. Może dlatego, że jestem z tego pokolenia, które było poddane indoktrynacji  - źli Niemcy, dobrzy Rosjanie (nie udanej).

Rozumiem, tzn. pojmuję, wszystkie argumenty, którymi posługują się odtwórcy hitlerowskich oddziałów. Mój przyjaciel, sam poszukując odpowiedzi na to pytanie, dla „Wojennych Historii. Strefa Militarna” - dziennika, który ukazywał się na tegorocznej Strefie Militarnej, zebrał wypowiedzi od przedstawicieli kilku grup odtwarzających oddziały niemiecki i radzieckie.

I nie znalazł żadnych niespodzianek. Wszystkie te odpowiedzi mógłbym napisać sam, nawet specjalnie nie wysilając mózgu.

Altruiści

Zacznę od tej, która bawi mnie szczególnie i jakoś tak specjalnie  cieszy swoim podejściem do słuchacza jak do naiwnego dziecka. Często pada w dyskusjach, czasami podawana jako żart (zdarza się, że jednak z założeniem, że niby żart, ale tak naprawdę najprawdziwsza prawda), często w rozmowach z zewnętrznymi dziennikarzami jako prawda objawiona tłumacząca wszystko: „Przecież gdyby nie MY – odtwarzający Niemców, to Alianci nie mieliby z kim „walczyć” na inscenizacjach!”.

„Oczywista oczywistość”, jak powiedziałby klasyk. W życiu spędziłem lata działając w organizacjach społecznych (dzisiaj czytaj „pozarządowych”), których głównym napędem jest wolontariat. Widziałem i poznałem ludzi, którzy bez reszty poświęcają swój czas, życie, nierzadko i pieniądze dla innych: dzieci, chorych, zwierząt. Piękne to i sprawiedliwe.

Jednak trudno mi sobie wyobrazić rekonstruktorów jednostek hitlerowskich, gdy z niechęcią i odrazą wydają tysiące złotych na mundury, wyposażenie, sprzęt i uzbrojenie. Potem, z równą niechęcią zakładają to wszytko na siebie tylko po to, by zrobić dobrze tym z jednostek alianckich.

Pomijając seksualne skojarzenie (brzydko!), widzicie śmieszność wynikającą powyższych dwóch zdań?  Jakoś tak - pewnie jestem dziwny - nie potrafię uwierzyć w ten altruizm rekonstruktorów jednostek niemieckich.

Wielbiciele techniki i ładnych uniformów



Inni, jako podstawę fascynacji armią III Rzeszy, podają technikę wojskową. Podobają się im doskonałe karabiny MG42, pistolety maszynowe i karabinki Schmeissera, niemieckie czołgi, samoloty, rakiety, itp, itd. Mnie też podoba się część narzędzi zniszczenia, ale te niemieckie kojarzą się z masowymi mordami i tym podobnymi okropnymi działaniami armii Hitlera.  Na PzKpfw IV patrzę jak na naprawdę ładny czołg, ale nie budzi on we mnie motywacji do odtwarzania niemieckich pancerniaków. Ale jak już pisałem powyżej – może jakiś dziwny jestem.    

Niemcy mieli naprawdę doskonałą broń, wiele współczesnych nam rozwiązań swój rodowód rozpoczynało w hitlerowskich zakładach zbrojeniowych. To prawda, ale czy ten argument równoważy fakt, że gdyby ta broń była doskonalsza, to wielu Polaków nie byłoby dzisiaj na świecie, a potomkowie tych, którzy przeżyli, byliby poddanymi współczesnych im Niemców?



Zwykli żołnierze

„Nie odtwarzamy hitlerowskiego wojska, tylko żołnierzy, którzy walczyli dla swej Ojczyzny. Dla niej ginęli, odnosili rany, marzli i głodowali... Bali się śmierci kalectwa jak wszyscy inni żołnierze. Dokonywali, na równi z np. żołnierzami polskimi, bohaterskich czynów i tworzyli, tak jak żołnierze amerykańscy, swoje kompanie braci”. To prawda, wszyscy żołnierze mają podobne przeżycia, ale... (bo niemal zawsze jest jakieś „ale”). Żołnierze niemieccy byli armią napastniczą i walczyli dla swoich przywódców, byli armią Hitlera i nazistów. Ci zaś nie wzięli swojej władzy siłą zniewalając naród, ale wygrali w legalnych wyborach!

Jestem rekonstruktorem alianckim, znam też wielu innych „Aliantów” i stąd trudno mi uwierzyć, że rekonstruktorzy „niemieccy” czy „radzieccy” mają chłodny i racjonalny stosunek do swoich „bohaterów” (w zrozumieniu odtwarzanych postaci a nie ich czynów). Dość naturalne wydaje się utożsamianie się z odtwarzanymi postaciami, poznajemy ich coraz lepiej, ich przeżycia i motywacje. Śledzimy ich historię, sięgając czasem po życie poszczególnych żołnierzy. Siłą rzeczy zaczynamy odczuwać sympatię i współodczuwanie. Nawet gdy zdarzało się im popełniać błędy i zbrodnie (np. zabijanie jeńców) usprawiedliwiamy ich.

Wydaje mi się, że podobnie muszą to odczuwać rekonstruktorzy jednostek niemieckich i wg mnie jest w tym niebezpieczeństwo. Po wojnie byli żołnierze hitlerowscy usprawiedliwiali się wykonywaniem rozkazów. Dzisiaj rekonstruktorzy niemieckich żołnierzy też mówią, że odtwarzają zwykłych żołnierzy niemieckich, którzy... tylko wykonywali rozkazy. Tyle tylko, warto jednak pamiętać o tym, że ich rozkazy prowadziły do masowych rozstrzeliwań ludności cywilnej, palenia ludzi w domach i kościołach, strzelanie do jeńców... Trzeba uważać na emocjonalny stosunek do tych „bohaterów” i nie przesadzać z np. przybieraniem ich imion, czy utożsamianiem się, bo np. „walczyli z bolszewizmem”.

Historycy  

Jedynym argumentem, który do mnie przemawia i z którym mógłbym się częściowo zgodzić jest – HISTORIA. Część jednostek niemieckich tworzyła historię wojskowości. Trudno jest mówić o historii spadochroniarstwa wojskowego bez wspominania o FJ-otach. Armia niemiecka wprowadzała rozwiązania techniczne, strategiczne i taktyczne nowe dla tamtego okresu, a bedące podstawą wielu dzisiejszych.

Ok, ale...

Posłużę się moją ostatnią rozmową z moim przyjacielem Marcinem, historykiem, który odwiedził nas, gdy przyjechał do Szczecina na zjazd historyków polskich. Otóż Marcin powiedział, że część historyków uważa, że druga wojna światowa to jeszcze nie historia. Można ją badać, zbierać relacje świadków, ale jest to dalece niedoskonałe, bo większość najważniejszych archiwów jest jeszcze niedostępna dla historyków i np.  w związku z tym wielu teorii i relacji nie można zweryfikować.

Ja też uważam, że skoro żyją jeszcze świadkowie tej wojny to wraz z nimi żyją emocje i pamięć pokolenia. I póki tak jest trudno będzie takim jak ja zrozumieć uśmiechniętych rekonstruktorów w mundurach SS idących na piwo, czy ich niemy żal, że w Berlinie nie pozwolono im tego zrobić.

Zubek

piątek, 18 lipca 2014

Trochę hermetyczne wspomnienie ze Strefy Militarnej 2014

Uffff... nie żebym odespał, ale już złapałem drugi oddech po powrocie z Gost... znaczy Strefy Militarnej. Wyjazd niesłychanie udany, no bo wyszedł projekt „Wojennych historii”, czyli gazety codziennej i to w kilku możliwych (niemal wszystkich) płaszczyznach.

W kilku punktach podsumowanie i podziękowania.

Mimo kilku zagrożeń technicznych (drukarnie, skład itp.) gazeta wychodziła punktualnie i bez większych wpadek. Mniejsze były, ale kto bezbłędny niech rzuci kamieniem... Wielkie podziękowania dla Tomka, łamacza i jego szczecińskiej drukarni (Xpress) oraz dla drukarni (www.mproject.net.pl) z Krobii, która mimo kilku błędów, spisała się i wywiązywała z terminów.
  • Zespół redakcyjny, mimo że z powodów przypadków losowych okrojony, dał sobie radę i stanowił doskonałe wsparcie. Sprawdził się pomysł zaproszenia przyjaciół sprzed lat, którzy nie znali rekonstrukcyjnego świata i mogli spojrzeć na Strefę oczami odwiedzających nas ludzi, a jednocześnie potrafili wspomóc tam gdzie była potrzeba bez słów i wskazywania kierunków. Maciek, który wcześniej nie był owym „przyjacielem sprzed lat” zachowywał się tak samo i mam teraz wrażenie jakbym znał go od lat. Dzięki przyjaciele.
  • Fotografowie. Teraz mogę przyznać, że trochę się bałem. Fotografowie to w ogóle wolne duchy i tacy artyści bardziej niż rzemieślnicy. Ci rekonstrukcyjni to nawet bardziej niż inni. Wystarczy spojrzeć na ich postrefowe galerie, zdjęcia wrzucane pojedynczo, ale za to wypieszczone itp. A ja chciałem od nich szybkie reportażowe i ilustracyjne ujęcia „na zaraz” i... „dali radę”. Zarówno „ten pierwszy, jak i ten drugi i trzeci” (ci z Canonami i ten z Nikonami) z http://www.tropiciel-historii.pl/, jak i Sławek Skalski z www.fotomilitary.pl, który dostarczał nam codzienną stronę z „obliczami Strefy” spisali się znakomicie i mogliśmy na nich liczyć. Dzięki chłopaki.
  • Dystrybucja. Newralgiczny punkt, no bo przecież to nie była gazeta dla nas, musiała trafić do ludzi. Nieszczęściem zamiast ośmiu przyjechało czterech „gazeciarzy” z Bań. A do rozdania było np. w sobotę dwa tysiące gazet, a wcześniej trzeba było je złożyć! (no dobrze składali wszyscy z redakcji) Ale ta czwórka „chłopaków z Bań” to naprawdę „pracowici i rzetelni członkowie redakcji”. Przyjechali wystylizowani na prawdziwych gazeciarzy, a na te trzy dni przeobrazili się w nich w 100%. Dzięki nim gazeta docierała do sztabu, rekonstruktorów, a przede wszystkim do gości Strefy! Dzięki chłopaki.
  • Finanse. Chciałbym uspokoić wszystkich – budżet gazety spiął się! Wystarczyło nam na druk i to najważniejsze. Pozostałych kosztów nie liczymy, przecież każdy z uczestników Strefy je poniósł - trzeba przyjechać, przywieźć graty wszelakie itd. itp. Oraz wnieść ogromnie dużo pracy. Ogromne podziękowania dla gminy Piaski i miasta Gostyń, które postanowiły zamieścić w gazecie swoje „przewodniki” po okolicy. Pomysł się sprawdził doskonale, a gazeta miała swoich sponsorów. Dzięki Sławku za załatwienie sprawy.
  • Bartek, Wojtek i reszta chłopaków z http://82nd.pl/, którzy wspomogli rekonstrukcyjnie (Bartek przywiózł z Koszalina niemal całą dioramę korespondentów wojennych, a potem razem z Wawrysiem stali przez cały dzień opowiadając i odpowiadając na pytania) i redakcyjnie (Wojtek sam napisał niemal połowę niedzielnego numeru). Dzięki panowie.
  • Stowarzyszenie Zachód 1944. Moi przyjaciele i winni zarażenia mnie rekonstrukcją. Pozwolili pociągnąć projekt pod egidą Zachodu i wspierali gdzie pozwoliłem się wspierać. Nie zważając na moje krzyki i pretensje, cierpliwie pomogli. Dobrze mieć takie „plecy”. Dzięki chłopaki.
  • Władcy Strefy. Ojcom założycielom należą się szczególne podziękowania. Znajdują się wprawdzie na niemal ostatnim miejscu tej i tak długiej listy, ale tak naprawdę są niemal najważniejsi. Bez ich aprobaty i wsparcia nic by nie powstało. A przecież kupili pomysł „w ciemno”, bo nie wiedzieli co powstanie, a mogło powstać wszystko, albo mogło, w konsekwencji wszystkiego powstać nic (historia zna takie przypadki). Cierpliwie znosili moje kaprysy przed Strefą (dziesiątki telefonów i emalii) i na etapie budowy. Dali co mogli (namiot, prąd, internet, itp.), załatwili wsparcie gmin, a potem jeszcze dali nagrodę. Dzięki panowie.
  • Wszyscy. Każdy do kogo zwróciliśmy się z prośbą o pomoc udzielał nam jej. Nawet gdy w grę wchodziło podzielenie się przedłużaczem i prądem (http://rakkasans.pl/), niezbędnym i koniecznym do realizacji planów. Szczególne podziękowania dla naszych starych przyjaciół https://www.facebook.com/pages/173rd-Northern-Delay-Re-enactment-group, którzy wspierali nas tam gdzie zabrakło nam sił. Dziękujemy Wam dziewczyny i chłopaki. Dzięki dla Wojtka kucharza, który nie dość, że karmił nas za rozsądną cenę to jeszcze dystrybuował gazetę.
  • Pewnie zapomniałem o milionie ludzi i rzeczy niezbędnych bez których nic by nie wyszło. Dziękuję i przepraszam, co złego to nie my, a w razie czego i tak nam wybaczycie ;-)

Gazeta wyszła (również w sensie dosłownym, z 4200 szt. zostało kilkadziesiąt) i mam nadzieję, że oprócz tego, że sprawiła mnóstwo frajdy swoim twórcom, dała także prawdziwy efekt - informacji codziennej, edukacji historycznej oraz wytłumaczenia zwykłym ludziom co i dlaczego robimy, my rekonstruktorzy.

Co ciekawe, mimo ogromu pracy i włożonej energii, czasem mnóstwa nerwów, na koniec nikt z zespołu nie zarzekał się (mimo, że taka jest tradycja po zakończeniu trudnych projektów), że „nigdy więcej”. Co daje nadzieję na przyszłość i druga edycję „Wojennych historii. Strefa Militarna”. Tym razem w nagłówku będzie musiała zmieścić się postać pewnego metalowego pana...
Zubek

Zdjęcie Maciej Papke

Ps. Dla tych co nie byli na Strefie Militarnej 2014. Powyżej mowa o projekcie Stowarzyszenia Zachód 1944 na Strefę, czyli wydaniu gazety codziennej pt. „Wojenne historie. Strefa Militarna”. Trzy numery, po jednym każdego poranka, teksty i zdjęcia na bieżąco. Jak widać z powyższego projekt udał się.





poniedziałek, 23 czerwca 2014

Łabiszyńskie Legendarne Historie

Łabiszyńskie Spotkania z Historią po raz trzeci przeszły do historii, można by napisać. Tym razem jednak bardziej trafne byłoby – po raz kolejny przeszły do legendy, gdyż jak mawia jeden serialowy bohater „było legendarnie”!

Miasto

Łabiszyn to niewielkie miasto (5 tys. mieszkańców + dodatkowe 5 tys. w gminie), które przed trzema laty było raczej nieznane. To, że ja, mieszkaniec Szczecina nie wiedziałem o istnieniu Łabiszyna to żaden dowód, ale moi znajomi z niedalekiej Bydgoszczy przyznali się do podobnej niewiedzy. Dzisiaj Łabiszyn znany jest w swoim województwie i Polsce, a na słowo „Łabiszyn” tysiącom ludzi w kraju zaczynają lśnić oczy i pojawiają się wypieki na twarzy. Bo od trzech lat Łabiszyn stał się marką jednych z najlepszych w kraju inscenizacji historycznych.

I nie tylko.

Bo wiele jest miejsce w Polsce, w których odbywają się zloty, inscenizacje i spotkania rekonstruktorów, nie ma jednak drugiego takiego miasta, które całe, przez trzy dni, żyłoby historią. Ulice rynku zarzucone gruzem i ziemią by przykryć współczesną nawierzchnię, zmienione na historyczne szyldy sklepów i instytucji, na ulicach elementy scenografii wojennej (niektóre naprawdę duże). No i mieszkańcy – od Łabiszyńskiej Aktywnej Młodzieży, która włącza się w inscenizacje (tym razem jako holenderski ruch oporu) i pomaga jak może, do starszych łabiszynian np. pani, która żołnierzom-rekonstruktorom przyniosła całe blachy ciasta i kawę. Wszyscy w Łabiszynie czujemy się jak w domu! I pozostaje tylko podziękować mieszkańcom i samorządowcom na czele z burmistrzem (który już trzeci raz wziął udział w inscenizacji). Dziękujemy.

Czy Łabiszynowi się udało? Zdecydowanie tak, spotkałem tam przy oranżadzie delegację z podwarszawskiego Legionowa, która przyjechała przypatrzyć się temu sukcesowi i może się do tego nie przyznają, ale także uczyć się.

AA7

Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej AA7 czyli siła napędowa Łabiszyńskich Spotkań z Historią i jeżeli możemy porównać ich z silnikiem „Łabiszyna” to ich pompą paliwową jest Willy. Willy ma imię i nazwisko, ale mało kto w świecie rekonstrukcji drugowojennej rozpoznałby go jako... (mniejsza z tym). Jako Willy jest znany, no po prostu wszystkim. Po imieniu tytułuje go tylko burmistrz Łabiszyna.

Co roku odwalają w Łabiszynie kawał roboty i jeżeli komuś wydaje się, że po łabiszyńskim weekendzie jest zmęczony niech pomyśli, że dla AA7 „Łabiszyn” trwał długo przed imprezą, a i zakończy się jakiś czas po niej.
Dziękujemy AA7!

Rekonstruktorzy

Panowie z Legionowa pozwolili sobie wyrazić uznanie dla piątkowej inscenizacji. Jeden z nich, przyznając się, że miał do czynienia z produkcją telewizyjną, powiedział, że zaangażowanie rekonstruktorów, ich zachowanie, rozmiar i scenariusz inscenizacji robiły wrażenie. Po chwili zastanowienia, nie za długiej, znalazłem właściwą odpowiedź. W Łabiszynie jedne z najlepszych grup rekonstruujących polskich i brytyjskich spadochroniarzy, polską i brytyjską piechotę, amerykańskich spadochroniarzy, niemieckich żołnierzy i spadochroniarzy spotkały się z pełnym zaangażowaniem gospodarzy i ludźmi, którzy potrafili doskonale ułożyć i poprowadzić scenariusze inscenizacji. Gdy do tego dodamy doskonałe pojazdy, przygotowane przez swoich właścicieli, którzy także z pełnym zaangażowaniem dopasowywali się do odtwarzanej epoki oraz pirotechników, którzy rozumieją swoje zadania w inscenizacjach tak, że zaskakują pozytywnie nawet doświadczonych rekonstruktorów, to... otrzymamy efekt, który potrafi olśnić i zaskoczyć nawet stare wygi.

Rekonstruktorzy jadący na „Łabiszyn” nie szczędzą siebie. Gdy przygotowujemy się do wyjazdu nie ma taryfy ulgowej, trzy inscenizacje często wymagały trzech różnych postaci, np. w wypadku mojego stowarzyszenia: piątek to żołnierze brytyjskiej piechoty zmotoryzowanej z Grenadier Guards, w sobotę piechota spadochronowa z batalionu piechoty szybowcowej KOSB, w niedzielę znów piechociarze tym razem batalion DCLI. Może dla publiczności nie sprawiało to różnicy, ale my każdego dnia wyglądaliśmy inaczej, a część wieczoru poświęcaliśmy np. na prucie i przyszywanie naszywek.

Kolejnym przykładem są koledzy z grupy odtwarzającej amerykańskich spadochroniarzy jednostki, która walczyła w inscenizowanym epizodzie. Część z nich jednak nie miała mundurów odpowiednich na wrzesień 1944 roku. Wobec tego, mimo że nikt z publiczności nie zauważyłby różnicy, przyjechali by odtwarzać holenderski ruch oporu. I nie było lipy! (świadome zapożyczenie).

Przykłady tego jak poważnie rekonstruktorzy traktują swój przyjazd do Łabiszyna można mnożyć, bo zarówno sama impreza jak i klimat miasta powodują, że po prostu się chce.

Nie tylko inscenizacje

Łabiszyńskie Spotkania z Historią to przede wszystkim trzy główne inscenizacje, z których każda zasługuje na samodzielny, rekonstrukcyjny byt, ale także wiele imprez towarzyszących. Od typowych, ale umiejscowionych w tej rzeczywistości i scenerii a więc jednak nietypowych, dioram grup rekonstrukcyjnych, przez mikroinscenizacje trwające przez całą sobotę, a dotyczące historii drugiej wojny na ziemiach polskich, do pokazu mody i wspólnej zabawy tanecznej. Łabiszyn naprawdę przez trzy dni żyje historią. A dowodem na to życie niech będzie choćby to, że wycieczki po dioramach i przedstawianej historii oprowadzali historycy z powstającego w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej!

Jeśli ktoś nie był jeszcze w Łabiszynie niech sprawdzi swój kalendarz, bo jest szansa, że w czerwcu 2015 roku będzie możliwość kolejnego spotkania się z historią.

Czego Państwu i sobie serdecznie życzę!

Zubek

Post scriptum (nie skrótem bo będzie długie) czyli łyżka dziegciu.

Zabili mnie SS-mani.
Jakoś szczególnie nie lubię formacji Waffen-SS i nie rozumiem, a raczej nie czuję motywacji odtwarzających ją rekonstruktorów. Nie mam jednak nic naprzeciwko im samym, bo to tacy sami dobrzy rekoludzie jak inni, a ich wierność koszerności i zaangażowanie historyczne jest bardzo duże.

Po ostatnich inscenizacjach w Łabiszynie odnoszę również wrażenie, że oni sami nie mają wątpliwości co do podłości i zbrodniczości odtwarzanych przez siebie postaci! Odtwarzam postać kapelana kanadyjskiego/brytyjskiego i w obu inscenizacjach występowałem „służbowo” z opaską z czerwonym krzyżem a w opisywanych poniżej przypadkach jeszcze z założoną stułą.

W czasie inscenizacji Oosterbeek niemieccy żołnierze chcieli mnie rozstrzelać (w ostatniej chwili uratowali mnie inni Niemcy), w niedzielnej inscenizacji Driel SS-mani w końcu mnie dopadli i zabili. Ok, intencje mieli dobre – pokazać podłość i barbarzyństwo owych żołnierzy... jednak.

Tym razem jest... „jednak”. Bitwa pod Arnhem zasłynęła m.in. z dość rycerskiego traktowania rannych, sanitariuszy i personelu neutralnego. To właśnie podczas tej bitwy były punkty medyczne położone na „ziemi niczyjej”, czy linii frontu, w których leżeli ranni zarówno brytyjscy jak i niemieccy żołnierze. To w czasie walk w Oosterbeek dowódca jednostek SS zgodził się na przyjęcie rannych spadochroniarzy brytyjskich, którym właściwą opiekę zapewniono w podległych Niemiecom szpitalach. Tak więc owe sceny nie odpowiadały prawdzie. Całe szczęście obie odegrały się daleko od publiczności jako niemal czysto wewnętrzna inscenizacja.

Warto jednak pamiętać o tym, że inscenizujemy historię, tą która wydarzyła się naprawdę.


Z.      

Na zdjęciu Willy odprawia Grenadier Guards i 82 Powietrznodesantową przed piątkową inscenizacją Nijmegen.       

środa, 18 czerwca 2014

Niepolityczność

Rekonstruktorzy wywodzą się ze wszystkich środowisk. Są wśród nas adwokaci i rozwodnicy, studenci i zwolennicy teorii spiskowych, trafiają się poważni dyrektorzy i zupełnie niepoważni maklerzy, ojcowie rodzinom i szczeniaki, które mogłyby być ich dziećmi (czasami nawet są). Jednym słowem – wszyscy.

Wracając uparcie do mojej teorii, że rekonstrukcja historyczna jest takim samym hobby jak każde inne, wszystkich nas łączy wspólna pasja. I to ona nas zajmuje. Na spotkaniach, od niedużych, gdy spotykamy się w gronie swojego stowarzyszenia, czy grupy, do wielkich zlotów i imprez plenerowych rozmawiamy o jednym. O historii, jej rekonstruowaniu i odtwarzaniu.

Oczywiście, ponieważ stanowimy w większości męskie grono, w pewnym momencie i po spożyciu wieczorami odpowiednich dawek herbaty i oranżady zbaczamy na inne tematy, ale rzadko i sporadycznie, bo nie ma to jak z kumplami porozważać jaki powinien być odcień danej plamy na danej kurtce w danym kamuflażu i czy aby napy w niej nie są zbyt mało koszerne!

Albo pokłócić się do białego rana o możliwe alternatywy danej bitwy czy kampanii. O ocenę postępowania i decyzji dowódców... Ponieważ dysponujemy również techniką w ruch idą telefony, tablety, książki elektroniczne (ale także te... konwencjonalne), bo przecież „mam zdjęcia, zobaczcie sami”, „ten cytat brzmiał inaczej”, „w tej publikacji przedstawiono to w TEN sposób”... Sporom nie ma końca, często są one przenoszone na fora i z stron internetowych.

Jedno łączy nasze dyskusje. Choć zdarza nam się rozmawiać i o sporcie (rzadko) i o kobietach (częściej, ale nie tak często jak można sobie wyobrażać po męskim gronie) i nawet o samochodach (jeśli w grę nie wchodzą samochody historyczne i ich repliki – to bardzo rzadko), to skrzętnie unikamy rozmów o polityce.

To co znamy choćby ze spotkań rodzinnych, czy innych długich Polaków rozmów u nas po prostu nie występuje. I to nie dlatego, że ktoś moderuje te rozmowy i przerywa je w niebezpiecznym momencie... Jakby instynktownie unikamy tego tematu.

Może właśnie dlatego, że jesteśmy tak różni i z różnych środowisk społecznych, finansowych, kulturowych...  

Nie rozmawiamy o polityce.

Ostatnio na którymś z forów internetowych przeczytałem opinię, że odtwarzając historię nie można uciec od polityki. Przecież czasy, które przybliżamy i rekonstruujemy były ową polityka przesycone. Przecież Polska i Polacy w czasach drugiej wojny światowej byli podzieleni nie tylko według osi Wschód-Zachód, ale także wielokrotnie jeszcze inaczej, według poglądów politycznych, opinii na przeszłość i przyszłość, stosunku do innych narodowości itp.

Duża część tych poglądów i podziałów sprzed 70 i więcej lat teraz odżywa we współczesnej nam polityce. Wydaje mi się, że wg autora owej opinii nie możemy nie utożsamiać się i nie popierać poglądów żołnierzy, których odtwarzamy.

Nic bardziej mylnego.
Rekonstrukcja historyczna powinna być tak bardzo apolityczna jak tylko jest to możliwe bez szkody dla odtwarzanych postaci. A jeżeli ktoś zaczyna czuć więź z odtwarzaną rzeczywistością polityczną to może powinien zastanowić się nad zmianą hobby, albo chociaż żołnierzy, których odtwarza. A już z całą pewnością nie wolno mu mieszać świata rekonstrukcyjnego z rzeczywistością polityczną.

Bowiem, żeby odtwarzać historię trzeba podchodzić do niej jak najbardziej obiektywnie i starać się o neutralną ocenę, nie sprzyja temu polityka a już szczególnie współczesna.

Przykład na przykładach.

Przykład pierwszy

Gdyby dozwolona była pełna ideologiczna i polityczna identyfikacja z rekonstruowanymi postaciami, to niemal natychmiast powinno się zakazać rekonstrukcji jednostek niemieckich państwa nazistowskiego! Ze szczególnym uwzględnieniem tych szczególnie zideologizowanych! Przecież nazistowscy żołnierze byli... nazistowscy. To samo powinno dotyczyć żołnierzy Armii Czerwonej różnych epok.

Całe szczęście, oprócz naprawdę nielicznych środowisk, których działania rodzą podejrzenia, grupy „niemieckie” i „radzieckie” mają do ideologii swoich postaci stosunek raczej... chłodny i daleki

Przykład drugi

Żołnierze wyklęci. Kontrowersyjni i różnie oceniani przez historyków. Już to ostatnie zdanie w części czytających budzi sprzeciw - „Przecież to bohaterowie, którzy walczyli z komunizmem!”

W ostatnich czasach powstało wiele nowych grup rekonstruujących Żołnierzy wyklętych. Nie są oni zbyt lubiani przez środowisko rekonstrukcji drugowojennej. Oczywistym powodem jest „grzech młodości” - niekoszerność , brak dbałości o szczegóły. Ale są to przede wszystkim powody do obśmiania i zwrócenia uwagi.

Myślę, że głównym powodem zastrzeżeń wobec tych grup jest ich wmieszanie się w bieżącą politykę. Z pewnych powodów Żołnierze wyklęci zostali ulubionymi bohaterami środowisk, które przywłaszczyły sobie przymiotnik „narodowe” (oczywiście pisany wielką literą). GRH Żołnierzy wyklętych nie potrafią, a często nie chcą znaleźć dystansu wobec tych środowisk. Ich przedstawiciele często przenikają się, uczestniczą we wspólnych imprezach. Owe GRH uczestniczą w imprezach i marszach, których intencja polityczna jest aż zbyt oczywista.

To właśnie nie sprzyja rekonstrukcji historycznej i przez to staje się ona mniej wiarygodna. A to grzech, który pasjonatom historii trudno wybaczyć.

Dlatego właśnie, mimo że w głębi swego maroonowoszarego serca, nie do końca rozumiem motywację rekonstruktorów jednostek niemieckich to wolę większość z nich od większości grup odtwarzających Żołnierzy wyklętych.

Bo rekonstrukcja powinna być apolityczna.

Zubek

wtorek, 10 czerwca 2014

Zaczyn, czyli od czego zacząć

Piszą i dzwonią do mnie ludzie z jednym pytaniem: tak pan ślicznie i obrazowo pisze o tej rekonstrukcji historycznej, że aż ślinka cieknie. Czy my też moglibyśmy zostać rekonstruktorami i założyć własną grupę rekonstrukcyjną? Jak to zrobić i od czego zacząć?

Oczywiście miło by było gdyby dziesiątki listów od wielbicielek i wielbicieli rekonstrukcji przychodziły do „redakcji”, ale nie poruszam tutaj tematów kontrowersyjnych, nie zajmuję się polityką, ani nawet gender (choć czasami myślę o rekonstrukcji szkockiego wojska), więc i zainteresowanie, choć niemałe, nie przekłada się na żywiołowe reakcje.

Żarty, żartami, ale w takim wypadku nawet pojedyncze pytanie nie może pozostać bez odpowiedzi, a powyższe pytania padły. Trudno nie potraktować ich poważnie, bo oto ktoś postanowił zostać naszym bratem w rekonstrukcji, a może przybędzie nam i rekonstrukcyjnych sióstr?

Jednak odpowiedź na te pytanie nie jest prosta, a i może nie spodobać się pytającemu.
Gdy zobaczysz rekonstruktorów może wydawać się ci, że wystarczy przebrać się za żołnierza, wziąć do ręki imitację broni i już… jesteś rekonstruktorem.

Nic bardziej mylnego.  

Rekonstrukcja historyczna to hobby pełną gębą, czyli coś w co wchodzi się umysłem, ciałem i kieszenią, w tej kolejności, z tym że kolejność ta nie może mylić – kieszeń i portfel są tu zaangażowane bardzo, bardzo, bardzo.

Uwielbiam analogie, więc pozwolę sobie na takie oto porównanie.
W sklepie zoologicznym można kupić akwarium, podłoże, roślinki, rybki. Po przywiezieniu tego do domu i zalaniu wodą (przepraszam za uproszczenia tych, którzy się na tym znają) mamy w domu akwarium. Ale to nie znaczy, że jesteśmy akwarystą!

To co szary obywatel widzi z rekonstrukcji i inscenizacji to czubek góry lodowej (wiem to banalne porównanie, ale znowu pasuje), półgodzinna inscenizacja to dni, tygodnie i miesiące przygotowań. Studiowanie historii, szukanie opisów, przeglądanie setek i tysięcy zdjęć z uwagą interpretatorów wywiadu. Przygotowywanie wyposażenia, umundurowania i uzbrojenia, czasem zdobywanie oryginałów, czasem przygotowywanie replik, nierzadko jednorazowych. Dziesiątki i setki godzin spędzonych na dyskusjach, czasem tak żywiołowych, że sprawiających wrażenie, że dotyczą sporów w dzisiejszej polityce, a nie historii sprzed 70 i więcej lat. Coraz częściej rekonstrukcja to także ćwiczenia terenowe, by opanować trudne techniki i taktyki, które wcześniej trzeba poznać z mozaiki stworzonej z dziesiątek publikacji.

To jest rekonstrukcja i to trzeba wiedzieć gdy ktoś chce dołączyć do naszego grona.

Na początek trzeba podjąć kilka decyzji.

Czy to co chcecie robić to ma być rekonstrukcja historyczna?
Rekonstrukcja to „zajęcie pozalekcyjne” drogie i pożerające czas i duszę. Może chcemy tylko uprawiać stylizację jakąśwojenną, by wykorzystywać ją w grach terenowych, miejskich i strzelankach ASG.
Stylizacja jest prostsza i tańsza, bo dopuszcza wyposażenie i ubiór przypominający właściwy, a czasem wystarczy do swoich celów. Dwa zastrzeżenia: po pierwsze nie nazywajcie się wtedy rekonstruktorami bo psujecie nam wizerunek, po drugie – trzeba znać umiar, dobry smak i przyzwoitość – patki SS i swastyka przyszyte na mundurze Bundeswery, czy armii NRD to nie stylizacja historyczna tylko propagowanie nazizmu, które powinno być ścigane prawem!

Co chcecie robić jako rekonstruktorzy?
To ważne pytanie dlatego, że czasem wybrane przez nas postaci historyczne uwarunkują to co będziemy mogli robić jako rekonstruktorzy. Na przykład moi przyjaciele odtwarzający amerykańską 173 brygadę spadochronową, która skakała w Iraku (2003 r.) skazani są na przygotowywanie statycznych dioram, bo nie mogą zorganizować inscenizacji z kilku istotnych powodów np. braku grupy, która odtwarzałaby armię Saddama.   Podobnie miałaby się rzecz z kimś kto chciałby odtwarzać Amerykanów z wojny na Pacyfiku – mamy w Polsce tylko jednego rekonstruktora odtwarzającego postać japońskiego żołnierza. Jeśli na początek „kręci” was udział w inscenizacjach historycznych i rekonstrukcja dynamiczna to uważnie wybierzcie swoich bohaterów.

Znajdźcie grupę wsparcia
Środowisko rekonstrukcyjne jest dość zamknięte i trudno się do niego dostać „tak z marszu” nowej grupie. Dobrze żebyście mieli na podorędziu kogoś kto was wesprze, poradzi i wprowadzi w środowisko. Taka, nomen omen, grupa wsparcia to skarb, który pozwoli wam się dostać na najlepsze imprezy, na które, coraz częściej, nie przyjmuje się już wszystkich chętnych. Bratnia GRH to także, w pierwszym okresie, wsparcie mundurowe i logistyczne. Jeśli zabiorą was na imprezę to, żeby nie najeść   się wstydu za wasz wygląd, pożyczą co tam mają z szaf i magazynów. Polecam znalezienie takiej ekipy. Gdy już ich znajdziecie namówienie na pomoc nie będzie trudne, rekonstruktorzy uwielbiają dzielić się wiedzą. Daje im to satysfakcję i trudne do przecenienia uczucie wyższości nad „kotami” (żart?).

Rozpoznanie terenu, czyli zwiad i wywiad
Zanim podejmiecie ostateczną decyzję co do odtwarzanego oddziału czy postaci zróbcie resaerch dostępności i cen tego co będziecie musieli zdobyć. Przeszukajcie allegro, e-baya, poczytajcie fora, szukajcie poświęcając czas wolny i nocny sen. Unikniecie rozczarowań związanych z dostępnością i cenami, a i poznacie jeden z aspektów bycia rekonstruktorem – bezustanne poszukiwanie i przeszukiwanie.

Wybierzcie oddział, formację, stronę konfliktu
Bardzo ważne by w miarę szczegółowo ale znów nie za szczegółowo wybrać swoich bohaterów. Nie można odtwarzać Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie jako takich. Składały się one z różnych rodzajów wojsk, z których każde dzieliło się na konkretne oddziały z różnymi mundurami, naszywkami, emblematami, różnym sposobem noszenia, barwienia i wykorzystywania oporządzenia i umundurowania. Największą jednostką jaką można odtwarzać jest dywizja, najmniejszą pluton. A i tu może być już trudno, bo by odtwarzać pluton musicie mieć jakąś jego, bardzo konkretną historię, a ona może utrudnić wam udział w inscenizacjach gdy okaże się, że „wasza” dywizja brała udział w bitwie, ale „wasz” pluton był w odwodzie i „grzał ławę” (jak powiedzieliby sportowcy). Są rekonstruktorzy, którzy poważają się na odtwarzanie konkretnej postaci jakiegoś wojennego bohatera. Wg mnie odważne to i głupie zarazem. Bo konkretny żołnierz to bagaż całej jego historii, którą musimy znać, to bagaż jego legendy i stawianie mu żywego pomnika. To karkołomne i ekstremalne trudne. To dlatego wśród drugowojennych rekonstruktorów tak mało jest ludzi odtwarzających np. oficerów, a jeżeli już się trafiają to przedstawiają anonimowe postaci historyczne.

I ostatnie – zbierajcie pieniądze  
Napoleon powiedział, że do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Podobnie rzecz ma się z rekonstrukcją. Musi sobie z tego zdawać sprawę zwłaszcza szef nowej ekipy, bo to on będzie ponosił największe koszty, będzie kupował sprzęt grupowy (uzupełnienie wyposażenia indywidualnego) licząc na to, że odbierze sobie pieniądze ze składek (nigdy nie odzyska całości). On będzie płacił z góry za cała ekipę ew. wpisowe, a potem będzie się dowiadywał kto nie jedzie w ostatniej chwili, gdy wpisowego nie można odzyskać, itp., itd.

Zbudowanie postaci to koszt rzędu od 2,5 – 3 tys. złotych do niemal nieskończoności. Owa nieskończoność bierze się z niedoskonałości prześladującej rekonstruktorów i pewnej złośliwości losu. Po prostu – im dłużej jesteś w rekonstrukcji tym doskonalszą masz postać ale także tym więcej wiesz o swojej postaci i wiesz czego jeszcze i jeszcze ci brakuje. A zazwyczaj są to rzeczy coraz trudniej dostępne i droższe. Istnieją także postaci historyczne, których wyceny nie podejmuję się wykonać, bo kto wie do jakiej sumy trzeba by umieć liczyć próbując „zrobić” np. towarzysza husarskiego?

Mam nadzieję, że nieco pomogłem w tych kliku punktach i nie zniechęciłem jakoś okropnie potencjalnych rekonstruktorów. Chętnie odpowiem na ew. pytania w komentarzach.

Zubek

Ps. Powyższy tekst to wynik przemyśleń własnych, ale przede wszystkim trzygodzinnej rozmowy z Przemkiem (obecnie niezrzeszonym Indywidualnym Rekonstruktorem Historycznym) w drodze do Poznania (oczywiście w sprawach ściśle związanych z rekonstrukcją).

Felieton opublikowany na www.blogpublika.com, 24. marca 2014

Zdjęcie Paweł Kucharski www.travart.pl

wtorek, 3 czerwca 2014

Wciąż wyklęci i na nowo wyklęci

Wczoraj mieliśmy Narodowy Dzień Pamięci  Żołnierzy Wyklętych (mała powtórka) i w związku z tym naszło mnie kilka refleksji. Zacznę jednak od zastrzeżenia, że nie mam nic przeciwko temu, by upamiętniać żołnierzy podziemia niepodległościowego w PRL - tych którzy nie chcieli pogodzić się z narzuconym Polsce nowym ustrojem.

Jednak…

Coś mnie męczy w owym „Narodowym” dniu. Bo przy całej tragiczności i heroiczności dziejów owych żołnierzy, nie byli oni w naszej historii, biorąc pod uwagę okres samej drugiej wojny światowej, żadnym wyjątkiem. Wystarczy wspomnieć żołnierzy brygady spadochronowej gen. Sosabowskiego, którzy miast na pomoc walczącej Warszawie skakali, by wyzwalać Holandię. Czy nie mniej tragiczny był los kresowiaków, którzy zdobywali niemieckie pozycje i ginęli pod Monte Cassino, mając świadomość, że ich domy zajmuje Armia Czerwona, o której wiedzieli więcej niż kiedykolwiek chcieliby wiedzieć? Nie sądzę. Po wojnie wielu z nich nie mogło wrócić do swojej Ojczyzny i skazani byli na obczyznę do końca życia. A jednak nie ma Narodowego Dnia Pamięci o Żołnierzach PSZ. Jakoś tego nie rozumiem.

Sama definicja Żołnierzy wyklętych wydaje się jasna. Powtórzę za Wikipedią:  „Polskie powojenne podziemie niepodległościowe i antykomunistyczne – antykomunistyczny, niepodległościowy ruch partyzancki, stawiający opór sowietyzacji Polski i podporządkowania jej ZSRR, toczący walkę ze służbami bezpieczeństwa ZSRR i podporządkowanymi im służbami w Polsce”. Myślę, że mimo czasami złej sławy Wikipedii, owa definicja jasno określa, kto powinien owym Żołnierzem wyklętym być nazywany.

Tymczasem jest różnie. Media i różne środowiska potrafią do koszyka Żołnierzy wyklętych wrzucić: Armię Krajową, cichociemnych, NSZ i wielu innych. Wydaje mi się, że na Facebooku widziałem mema określającego gen. Sosabowskiego mianem wyklętego. Przy całym szacunku dla wszystkich tych postaci (patrz dwa akapity wyżej) nie są oni „wyklęci” w rozumieniu dość w końcu prostej definicji. Gdy tłumaczyłem mojej bratowej, na jej osobiste żądanie, różnicę między cichociemnymi a Żołnierzami wyklętymi użyłem matematyki: „cichociemni i wyklęci to różne zbiory, które czasem się nakładają na siebie. Cichociemni nie są wyklętymi, choć niektórzy z nich wyklętymi byli”.

Do wszystkich, którzy odkrywają historię własnego Narodu i Państwa (duże litery podkreślają wagę oświadczenia) – to, że sami teraz odkrywacie historię partyzantów AK, cichociemnych, żołnierzy i dowódców PSZ itp. nie znaczy, że są oni zapomnianymi bohaterami i Żołnierzami wyklętymi. Wiele książek do których teraz sięgacie by poznać losy swoich bohaterów (w swojej naiwności mam nadzieję, że czytacie książki) zostało napisanych i wydanych już w PRL, a my uczyliśmy czytając  je, poznajac ich bohaterów!

A co do kryterium „zapomnienia”.

Jedno mnie zastanawia. Jeśli jedną z przyczyn „wyklętości” Żołnierzy wyklętych jest zapomnienie o nich w PRL-u i świadome spychanie pamięci o nich do zupełnego niebytu, to czy dzisiaj nie dzieje się to samo z zupełnie innymi żołnierzami? Mam wrażenie, że na fali przywracania pamięci Żołnierzom wyklętym, PSZ, AK, NSZ itd. zupełnie pomija się innych, którzy również walczyli o Polskę. To „berlingowcy”, „kościuszkowcy”, żołnierze którzy do Polski przyszli ze wschodu razem z Armią Czerwoną. Wiem, że już to, że przyszli ze wschodu stawia ich, w niektórych oczach, w złym świetle, ale przecież większość z nich to nie byli żadni komuniści! Zaciągali się do wojska, bo to była jedyna szansa na powrót do kraju i jedyna szansa na walkę z Niemcami już w Polsce.

Kiedyś, wg propagandy, byli praktycznie jedynymi, którzy walczyli o wolność, dzisiaj są również, praktycznie jedynymi, o których się nie chce pamiętać. Jedni moi znajomi robili zdjęcia rekonstrukcyjne do kalendarza, za partnerów mając bardzo poważną historyczną instytucję. Gdy okazało się, że chcą zrobić także zdjęcia upamiętniające postać żołnierza 1 Armii WP „Instytucja Poważna Niesłychanie” zaprotestowała!

Zaryzykuję stwierdzenie – jeśli Żołnierze wyklęci swoją nazwę zawdzięczają „wyklęciu” ich przez propagandę PRL, to czy dzisiejsze działania, choć nie sterowane już centralnie, nie tworzą nowej kategorii „żołnierzy wyklętych” i zapomnianych?

Ps. Z góry odrzucam argument o tym, że niemal wszystkie telewizje powtarzają na okrągło „Czterech pancernych…” i kapitana Klossa, a bez trudu można również obejrzeć np. „Kierunek Berlin”. Wszystkie te tytuły to przecież typowe wytwory PRL-u i tak się mają do prawdy o żołnierzach tzw. LWP jak komiksy „Kapitan Żbik” do prawdy o MO.

Ps. 2. Tak na koniec, to nie lubię samego określenia „Żołnierze wyklęci”, wolę „Żołnierze niezłomni”, które też od czasu się pojawia. Wg mnie lepiej określa tych bojowników i ich walkę i jej cel niż owa „wyklętość”, która przy całej swej poetyckości, miast ich walki, pokazuje tylko ich PRL-owskie celowe zapominanie.

Ps. 3.  Przeczytajcie wpis o Żołnierzach wyklętych Andrzeja Matowskiego na jego blogu, bo mądre słowa wklepał do internetu: http://obserwartor.blogspot.com/2014/03/czesc-waszej-pamieci-zonierze.html

Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 2 marca 2014 r.

Zdjęcie - Bizon jako żołnierz wyklęty gra smętną partyzancką pieśń, co to ona tęskni, a on ginie za Ojczyznę...

poniedziałek, 2 czerwca 2014

O nauce i nauczce

Jeśli mówimy o koszerności (przypomnę, że pisze tutaj o koszerności w rozumieniu i zrozumieniu rekonstrukcyjnym) to możemy sobie śmiało i bez kompleksów powiedzieć, że polska rekonstrukcja drugowojenna jest... niezła. Po latach starań polskie grupy wyglądają dobrze nawet nie tylko w porównaniu z samymi sobą sprzed 5-7 lat ale nie musimy się wstydzić wyjeżdżając poza granicę. Przeciwnie, w wielu wypadkach to nasze grupy mogą zawstydzać koleżanki i kolegów hobbystów zagranicznych.

Także poziom naszej wiedzy o przedmiotach rekonstrukcji wzrósł proporcjonalnie do czasu jaki im poświęciliśmy i do ilości przeczytanych i obejrzanych książek. „Obejrzanych”, bo rekonstruktorzy uwielbiają „książeczki z obrazkami”, czyli te w których jest dużo zdjęć (najlepiej historycznych), ikonografii (epokowej) lub dobrych grafik (jak wcześniej), lub chociaż zdjęć innych, dobrych, lub lepszych rekonstruktorów.

Jednymi i nielicznymi słowami to określając – jest dobrze! Choć zawsze może być lepiej!

Dygresja osobista.

Od czasu do czasu do naszej grupy i stowarzyszenia przychodzi nowy ktoś. Owych ktosiów nie ma za dużo bo nie prowadzimy żadnych akcji naborowych i nikogo specjalnie nie werbujemy. Zdajemy się na przypadek oraz entuzjazm i  wolę ew. zainteresowanych. Ale jak ktoś już do nas trafi to nie zniechęcamy go, np. od razu każąc kompletować umundurowanie i wyposażenie za duże pieniądze. Wprost przeciwnie staramy się by „nowy” mógł zaznać tego co w rekonstrukcji najbardziej spektakularne, czyli np. by wziął udział w inscenizacji historycznej.

No ale... koszerność, zauważycie. Oczywiście ubieramy go i wyposażamy (co jest tym łatwiejsze, że mamy wśród nas dobrego ducha, pasjonata, posiadacza dużej ilości wszystkiego) w pożyczone rzeczy i w ten sposób jest koszerny że „mucha nie siada”.

Dawniej tak nie było. Podczas mojej pierwszej inscenizacji Overlord w Policah biegałem w „cywilnych” zielonych spodniach, bo nie było innych i jakoś nikt mi głowy za to nie urwał (a powinien). Dzisiaj byłoby to niemożliwe, a przecież mówimy tu o czasach odległych o raptem cztery lata!

Koniec dygresji osobistej.

Założę się, że każdy z nas (taki co „robi” w rekonstrukcji więcej niż 2 lata) ma w swoim życiorysie  taki mniej chlubny epizod o którym dzisiaj wspomina niechętnie. Czasy kiedy miał niewłaściwe buty, spodnie, bluzę mundurową z „tylko odrobinę” niedobrego materiału, czy chlebak dziś traktowany już jako niekoszerny.

Każdy.

Bo polska rekonstrukcja drugowojenna młodą dziedziną jest i musieliśmy się wiele nauczyć, stworzyć rynek który zaczął produkować na nasze potrzeby, odkryć i wypróbować rynki zagraniczne i naprawdę wiele się nauczyć. Przeczytać tony wojennych historii od nowa, wypatrując w nich nie tylko historii i emocji, ale, czasami między wierszami, także elementów umundurowania, wyposażenia i uzbrojenia naszych bohaterów.

I gdy już wydawało się nam, że się nauczyliśmy i już wiemy, kolejna książka, czy kolejne odkryte fotografie udowadniały nam jak bardzo się mylimy i jak dużo jeszcze musimy się uczyć.

Bowiem prawda, wg mnie, jest taka, że jesteśmy historykami amatorami i to co robimy to jakiś rodzaj amatorskich badan naukowych, a więc musimy nauczyć się jednej ważnej i znanej dobrym naukowcom cechy – pokory wobec przedmiotu naszych badań.

„Wiem, że nic nie wiem” - powiedział Sokrates. Parafrazując to powiedzenie - dobry rekonstruktor powinien mieć świadomość, że nie wie wszystkiego, a szczytem jego wiedzy powinno być opanowanie listy rzeczy których nie wie. 

Dlaczego w ogóle poruszam ten temat? Otóż obserwuję sobie ostatnio grupę dyskusyjną Rekonstruktorzy na twarzoksiążce. Jest na nią zapisanych prawie 1,5 tys użytkowników i to przede wszystkim dwudziestowiecznych a może nawet drugowojennych. Tak przynajmniej można wnioskować z postów tych, którzy są aktywni.

Oczywiście grupa służy przede wszystkim do wymiany i oferowania co tam kto ma za dużo lub szukania tego co kto ma za mało, oraz do sprawdzania jak bardzo „koszer” jest to co kto ma jak akurat ma.

Grupa służy także do poprawiania sobie samopoczucia przy pomocy obśmiewania do łez i zestrzępienia języków (lub ich wirtualnego odpowiednika) tzw. muminów. Mumin to ktoś kto nie jest koszerny. W zależności od zaciekłości dyskutantów i ich związku uczuciowego z odtwarzaną przez mumina postacią, muminem może być nazwany ktoś kto jest luźno wystylizowany na epokę, a więc niemal wszystko ma złe, ale czasami wystarczy, że ma tylko niekoszerny pas by został owym muminem.

Na fali „odwyklętniania” Żołnierzy Wyklętych powstało w Polsce wiele mniej lub bardziej okazjonalnych grup rekonstrukcji owych wojowników. Pominę polityczny aspekt tej sprawy. Trzeba jednak zauważyć, że oprócz kilku naprawdę niezłych GRH, które partyzantów i powstańców „robią” od lat, owe grupy zaniżają poziom rekonstrukcji i inscenizacji.

Dają też pretekst takim grupom jak wspomniani facebookowi „Rekonstruktorzy” do obśmiewania ich ze wszystkich stron. Przyznam, że sam się również obśmiewałem. No zdarzało się.

Do momentu w którym przypomniałem sobie swoje początki i choćby historyjkę z powyższej dygresji. Czy nie jest tak, że naprawdę każdy z nas miał swój epizod bycia muminem, ale tak bardzo chciał i robił to co mógł, ale nic nie zmieni faktu, że są zdjęcia, których nie pokaże światu?

Nie twierdzę, że nie będę teraz wyśmiewał „chłopców z lasu”, czy innych „wyklętych”, nie namawiam także nikogo do zaprzestania „podśmiechujek” - przecież to jedna z podstawowych aktywności wirtualnej rekonstruktorów! Pozwolę sobie jednak i was na to namawiam, trzymać kciuki za to by za rok, dwa, trzy byli oni na naszym obecnym poziomie, a po drodze nauczyli się pokory tak nam wszystkim potrzebnej. 

Zubek

Zdjęcie – ja mumin w niewłaściwych spodniach i z niewłaściwym Stenem, obok Leszek z niewłaściwą „strzelbą” (bo były takie czasy gdy nie można było  wynająć strzelających enfów). Autora zdjęcia nie pamiętam, wydaje się, że może to być Ola MH.



piątek, 30 maja 2014

Ale czy to jest koszer?

Każdy kto czyta wojenne historie, te nasze blogpublikowate (teraz już Rekofelienotowate), wie już, choćby pobieżnie, czym jest koszerność. Oczywiście ta rekonstrukcyjna, a nie ta związana z prawem żydowskim. Tę rekonstrukcyjną pozwolę sobie powtórzyć: koszerność to zgodność z odtwarzanym okresem i oryginałami wyposażenia, uzbrojenia i umundurowania.

Jak już wiecie zwykły „cywilny” odbiorca historii w żaden sposób nie jest w stanie docenić naszej i przez nas rozumianej koszerności. Jest ona ważna dla nas i „krewnych i znajomych królika” i przez nas jest doceniana. No właśnie – czy jest doceniana? Przecież żyjemy w naszych czasach, pod naszą szerokością i długością geograficzną, a do kanonu należy anegdotka o sąsiedzie co miał życzenie do złotej rybki by to krowa sąsiada zdechła…

Koszerność jako zjawisko rzadziej służy do chwalenia a częściej do ganienia. No bo przecież macie niekoszerne gacie! Zupełnie niekoszerna kurtka! A Wy? Jak możecie przychodzić do nas w tym niekoszernym blankowaniu!? Niekoszerny namiot z niekoszernymi łóżkami nie powinien dać spać spokojnie. I tak koszerność staje się bronią przeciw nielubianym lub po prostu nowym.

A przecież koszerność owa i jej zachowanie nie jest proste. Bo poziom polskiej rekonstrukcji historycznej rośnie i rosną jej wymagania.

Dygresja, znaczy anegdotka.

Jeden rekonstruktor średniowieczny zrobił sobie element swojej zbroi z drutu ocynkowanego. Włożył w to dużo pracy, odtwarzając skomplikowany i pracochłonny wzór. Trudno powiedzieć co nim kierowało gdy wybierał ów rodzaj drutu, ale stało się! Na forach dowiedział się jak straszny błąd popełnił, bo przecież „wtedy nie było drutu ocynkowanego”! Ok, przyznał oponentom rację i mądrze zapytał czy jak już ma ową rzecz, to może istnieje jakiś sposób pozbycia się owego ocynku, by drut zyskał koszerność? Sposób istniał i został podany. Niestety wraz z podaniem sposobu „uczynny” starszy w rekonstrukcji kolega uczynił zastrzeżenie, że wprawdzie drut odzyska swój poprzedni wygląd, ale koszerny już nie będzie, bo przecież „wtedy nie robiono owych elementów z drutu, który wcześniej był ocynkowany!”.

Po dygresji.

Polska rekonstrukcja historyczna nie jest stara, nie ma sama w sobie zbyt długiej historii, ale jej historia jest opowieścią o dochodzeniu do koszerności. Jeszcze kilka lat temu rekonstruktorzy starali się być koszerni ale było to dla nich bardzo trudne i powoli dochodzili do kolejnych elementów umundurowania i wyposażenia, kupowanych i sprowadzanych z Zachodu, lub produkowanych własnoręcznie wg np. zdjęć.

A nie jest to proste.

Przykładem może być żołnierz niemiecki. Może przykład kontrowersyjny, bo niemiecki, ale dla naszej opowieści idealny, bo Niemcy walczyli w rozpętanej przez siebie wojnie od początku do końca. Dla zwykłego zjadacza historii Niemiec w mundurze to Niemiec w mundurze i wygląda jak niemiecki żołnierz. Tymczasem ów żołnierz inaczej wyglądał na początku wojny, inaczej na froncie wschodnim, a zupełnie inaczej pod koniec światowego konfliktu. A żeby było jeszcze trudniej, było strasznie dużo rodzajów owych żołnierzy, bo każdy z rodzajów broni miał ich swoich i po swojemu ubierał.

Nawet najbardziej typowy i charakterystyczny element niemieckiego wyposażenia – ich hełm, inny był w 1939 roku, a inny w roku 1945, mimo iż laik może nie zauważyć różnicy u żołnierza biegnącego na inscenizacji. Publiczność nie zauważy, ale koszerność nie jest dla nich. To nasz własny kod, czytelny tylko dla takich samych szaleńców jak my, dla których ważne jest, jakim ściegiem i jakim kolorem nici przeszyty jest TEN konkretny kołnierzyk.

Bo rekonstrukcja to jednak hobby jak każde inne ze wszystkimi z tym związanymi szykanami – wie to każdy akwarysta, który uparcie poszukuje właśnie TEJ roślinki do swojego akwarium i bibliofil, na którego patrzą ze zdziwieniem, gdy drżącym ze wzruszenia głosem opowiada o TYM białym kruku.

Pociesza nas fakt, że choć nie docenicie naszej koszerności, dzięki niej nasze inscenizacje bardziej kształtują waszą świadomość i podświadomość historyczną niż niejeden polski serial, czy hollywoodzki film wojenny.

Zubek

Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 25. lutego 2014 r.
Zdjęcie Emmy z Łabiszyna 2012