Każdy kto czyta wojenne historie, te nasze blogpublikowate (teraz już Rekofelienotowate), wie już, choćby pobieżnie, czym jest koszerność. Oczywiście ta rekonstrukcyjna, a nie ta związana z prawem żydowskim. Tę rekonstrukcyjną pozwolę sobie powtórzyć: koszerność to zgodność z odtwarzanym okresem i oryginałami wyposażenia, uzbrojenia i umundurowania.
Jak już wiecie zwykły „cywilny” odbiorca historii w żaden sposób nie jest w stanie docenić naszej i przez nas rozumianej koszerności. Jest ona ważna dla nas i „krewnych i znajomych królika” i przez nas jest doceniana. No właśnie – czy jest doceniana? Przecież żyjemy w naszych czasach, pod naszą szerokością i długością geograficzną, a do kanonu należy anegdotka o sąsiedzie co miał życzenie do złotej rybki by to krowa sąsiada zdechła…
Koszerność jako zjawisko rzadziej służy do chwalenia a częściej do ganienia. No bo przecież macie niekoszerne gacie! Zupełnie niekoszerna kurtka! A Wy? Jak możecie przychodzić do nas w tym niekoszernym blankowaniu!? Niekoszerny namiot z niekoszernymi łóżkami nie powinien dać spać spokojnie. I tak koszerność staje się bronią przeciw nielubianym lub po prostu nowym.
A przecież koszerność owa i jej zachowanie nie jest proste. Bo poziom polskiej rekonstrukcji historycznej rośnie i rosną jej wymagania.
Dygresja, znaczy anegdotka.
Jeden rekonstruktor średniowieczny zrobił sobie element swojej zbroi z drutu ocynkowanego. Włożył w to dużo pracy, odtwarzając skomplikowany i pracochłonny wzór. Trudno powiedzieć co nim kierowało gdy wybierał ów rodzaj drutu, ale stało się! Na forach dowiedział się jak straszny błąd popełnił, bo przecież „wtedy nie było drutu ocynkowanego”! Ok, przyznał oponentom rację i mądrze zapytał czy jak już ma ową rzecz, to może istnieje jakiś sposób pozbycia się owego ocynku, by drut zyskał koszerność? Sposób istniał i został podany. Niestety wraz z podaniem sposobu „uczynny” starszy w rekonstrukcji kolega uczynił zastrzeżenie, że wprawdzie drut odzyska swój poprzedni wygląd, ale koszerny już nie będzie, bo przecież „wtedy nie robiono owych elementów z drutu, który wcześniej był ocynkowany!”.
Po dygresji.
Polska rekonstrukcja historyczna nie jest stara, nie ma sama w sobie zbyt długiej historii, ale jej historia jest opowieścią o dochodzeniu do koszerności. Jeszcze kilka lat temu rekonstruktorzy starali się być koszerni ale było to dla nich bardzo trudne i powoli dochodzili do kolejnych elementów umundurowania i wyposażenia, kupowanych i sprowadzanych z Zachodu, lub produkowanych własnoręcznie wg np. zdjęć.
A nie jest to proste.
Przykładem może być żołnierz niemiecki. Może przykład kontrowersyjny, bo niemiecki, ale dla naszej opowieści idealny, bo Niemcy walczyli w rozpętanej przez siebie wojnie od początku do końca. Dla zwykłego zjadacza historii Niemiec w mundurze to Niemiec w mundurze i wygląda jak niemiecki żołnierz. Tymczasem ów żołnierz inaczej wyglądał na początku wojny, inaczej na froncie wschodnim, a zupełnie inaczej pod koniec światowego konfliktu. A żeby było jeszcze trudniej, było strasznie dużo rodzajów owych żołnierzy, bo każdy z rodzajów broni miał ich swoich i po swojemu ubierał.
Nawet najbardziej typowy i charakterystyczny element niemieckiego wyposażenia – ich hełm, inny był w 1939 roku, a inny w roku 1945, mimo iż laik może nie zauważyć różnicy u żołnierza biegnącego na inscenizacji. Publiczność nie zauważy, ale koszerność nie jest dla nich. To nasz własny kod, czytelny tylko dla takich samych szaleńców jak my, dla których ważne jest, jakim ściegiem i jakim kolorem nici przeszyty jest TEN konkretny kołnierzyk.
Bo rekonstrukcja to jednak hobby jak każde inne ze wszystkimi z tym związanymi szykanami – wie to każdy akwarysta, który uparcie poszukuje właśnie TEJ roślinki do swojego akwarium i bibliofil, na którego patrzą ze zdziwieniem, gdy drżącym ze wzruszenia głosem opowiada o TYM białym kruku.
Pociesza nas fakt, że choć nie docenicie naszej koszerności, dzięki niej nasze inscenizacje bardziej kształtują waszą świadomość i podświadomość historyczną niż niejeden polski serial, czy hollywoodzki film wojenny.
Zubek
Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 25. lutego 2014 r.
Zdjęcie Emmy z Łabiszyna 2012
Sekcja strzelecka
Sekcja strzelców 1st CPB
piątek, 30 maja 2014
środa, 28 maja 2014
Bo książki czytać trzeba, ale...
Uczyłem się w szkole w której uczono historii. I w podstawówce i w szkole średniej, może obie nie były specjalnie elitarne, a i nauczyciele nie byli innowacyjni i pomysłowi, ale podstawy historii wyniosłem ze szkół. Potem w systemie edukacji było już różnie. Część mojej historycznej edukacji to mój tata i jego opowieści o wojskach spadochronowych, a kolejna część i to ważna, bo w chwili gdy uzyskiwałem coś co można nazwać świadomością historyczną, to harcerstwo, a konkretnie – ZHP.
W roku 1985 moja drużyna zdobyła imię żołnierzy Cichociemnych, a nie było to proste. Musieliśmy poznać historię samych Cichociemnych i Armii Krajowej, znaleźć jeszcze żyjących żołnierzy i porozmawiać z nimi, zrobić dokumentację i… czytać książki. Wtedy zaczęła się historia mojej półki z książkami o Cichociemnych i polskich spadochroniarzach drugiej wojny światowej. Dzisiaj moje półki książek z wojennymi historiami zajmują już za dużo miejsca w naszym niedużym mieszkaniu, a mnie ratuje to, że nowe wydawnictwa wychodzą już w e-bookach.
Bo książki czytać trzeba. Bo teraz najczęściej tylko one mogą nas przybliżyć do historii. I konieczna jest tu liczba mnoga, bo jedna książka pokaże nam tylko punkt widzenia jednego autora, co jest oczywiste, i choćby był to super historyk z doświadczeniem i dorobkiem to zawsze ma prawo do błędu lub złej interpretacji, świadomej lub nie.
Kino i telewizja
Telewizje różne pokazują filmy wojenne i te fabularne i te dokumentalne. Jest ich naprawdę dużo, karierę zrobił ostatnio serial pokazujący polskie podziemie, a kilka innych produkcji znakomicie ukształtowało nasze widzenie historii. To super bo czasami warto obejrzeć na ruchomych obrazkach to co się przeczytało w książce.
Niestety produkcja filmowa i telewizyjna ma swoje ograniczenia, które sprowadzają się do tego, że pokazuje historię w wydaniu dla przeciętnego widza, którego oceniają bardzo nisko. I tak dostajemy historię spłaszczoną i wykrzywiona na potrzeby scenariusza (znowu ukłon w stronę wymienionego już serialu).
A później
Każdy rekonstruktor, któremu zdarza się postać na stanowisku czy dioramie, wcześniej czy później natknie się na „historyka” wykształconego na filmach. Taki oto osobnik podchodzi z ogromną chęcią pogadania, a my, jako się rzekło wcześniej, lubimy gadać, i wciąga w dyskusję. Nie ma przy sobie żadnej latorośli, a więc nic nie hamuje swobody historycznej rozmowy. Kłopot jednak w tym, że filmowa „wiedza” tkwi w owym bardzo głęboko. Pamiętam pana, który z kwadrans tłumaczył mi jak wielkie straty poniosła 1. Samodzielna Brygada Desantowa w czasie lądowania pod Driel (operacja Market-Garden), tworząc plastyczne obrazy pokazywał jak Niemcy „pruli” do nich z karabinów maszynowych i nie dał się przekonać, że akurat w czasie tego desantu spadochroniarze ponieśli straty niewielkie, bo on to… widział… w filmie. Brrrr…
Bo to książki czytać trzeba. Ale niestety ostatnio nawet na książki trzeba uważać. W ostatnich latach na księgarskie półki trafiło kilka książek napisanych przez dziennikarzy, którzy postanowili ponaśladować swoich starszych kolegów po fachu z krajów anglosaskich i pisać dobre książki o historii, książki napisane tak żeby czytali je i zechcieli kupować zwykli ludzie.
Niestety owi dziennikarze nie posiadając tyle talentu, czasu i wiedzy co ich koledzy z Zachodu poszli w sensację i wzbudzenie zainteresowania poruszeniem tematów kontrowersyjnych w sposób kontrowersyjny i bardzo subiektywny. Czasem aż zniechęcający do czytania!
„Igły” Marka Łuszczyny są inne. Po pierwsze autor nie stawia na nachalną kontrowersję, po drugie porusza temat mniej znany – walczących w drugiej wojnie światowej kobiet i to kobiet służących w wywiadzie lub w działaniach wymagających umiejętności równych agentom wywiadu.
To bardzo dobrze, że ktoś zajął się przypomnieniem wojennych historii tych Pań, bo ich dokonania są równie ważne, a czasem ważniejsze, niż bohaterów-żołnierzy, którzy z wrogami Rzeczpospolitej walczyli z bronią w ręku na polach sławnych bitew.
Więcej o tej pozycji znajdziecie tutaj: http://www.wojennehistorie.pl/2014/02/kurierki-agentki-i-kobiety-szpiedzy.html
Jednak i w tej książce tkwi niebezpieczeństwo. Autor nie odrobił lekcji z historii, zdarza mu się pomylić oczywiste fakty historyczne (np. w 1943 roku Niemcy nie bombardowali jeszcze Londynu bombami latającymi), nadawać akcjom agentek zbyt wielkie znaczenie poprzez przejaskrawianie ich dokonań (np. atak komandosów na St. Nazaire nie zniszczył portu, choć postawione zadanie zostało wykonane), lub wymyślać przygody swojej bohaterki (udział duńsko-polskiej agentki, fotoreporterki w lądowaniu w Normandii wydaje się, delikatnie rzecz ujmując, mocno wątpliwy). Moja ocena tego typu traktowania historii waha się pomiędzy oskarżeniem autora o całkowitą ignorancję, a przypisaniem mu, bardziej cynicznie, świadomego manipulowania faktami dla zwiększenia atrakcyjności swoich bohaterek i przez to książki.
Szkoda, bowiem „Igły” opowiadają bardzo ważne wojenne historie kobiet wojowniczek państwa podziemnego, a tymczasem błędy popełnione przez autora każą uprzedzić czytelników żeby wszystkie podane przez niego fakty poddali baczniejszej analizie, a książkę potraktowali jak film, w którym nie we wszystko trzeba wierzyć, a podane atrakcyjnie fakty warto sprawdzić.
Tym niemniej książkę polecam, bo książki czytać trzeba. Ja sam przeczytałem ją w e-booku.
Zubek
Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 16. lutego 2014 r.
W roku 1985 moja drużyna zdobyła imię żołnierzy Cichociemnych, a nie było to proste. Musieliśmy poznać historię samych Cichociemnych i Armii Krajowej, znaleźć jeszcze żyjących żołnierzy i porozmawiać z nimi, zrobić dokumentację i… czytać książki. Wtedy zaczęła się historia mojej półki z książkami o Cichociemnych i polskich spadochroniarzach drugiej wojny światowej. Dzisiaj moje półki książek z wojennymi historiami zajmują już za dużo miejsca w naszym niedużym mieszkaniu, a mnie ratuje to, że nowe wydawnictwa wychodzą już w e-bookach.
Bo książki czytać trzeba. Bo teraz najczęściej tylko one mogą nas przybliżyć do historii. I konieczna jest tu liczba mnoga, bo jedna książka pokaże nam tylko punkt widzenia jednego autora, co jest oczywiste, i choćby był to super historyk z doświadczeniem i dorobkiem to zawsze ma prawo do błędu lub złej interpretacji, świadomej lub nie.
Kino i telewizja
Telewizje różne pokazują filmy wojenne i te fabularne i te dokumentalne. Jest ich naprawdę dużo, karierę zrobił ostatnio serial pokazujący polskie podziemie, a kilka innych produkcji znakomicie ukształtowało nasze widzenie historii. To super bo czasami warto obejrzeć na ruchomych obrazkach to co się przeczytało w książce.
Niestety produkcja filmowa i telewizyjna ma swoje ograniczenia, które sprowadzają się do tego, że pokazuje historię w wydaniu dla przeciętnego widza, którego oceniają bardzo nisko. I tak dostajemy historię spłaszczoną i wykrzywiona na potrzeby scenariusza (znowu ukłon w stronę wymienionego już serialu).
A później
Każdy rekonstruktor, któremu zdarza się postać na stanowisku czy dioramie, wcześniej czy później natknie się na „historyka” wykształconego na filmach. Taki oto osobnik podchodzi z ogromną chęcią pogadania, a my, jako się rzekło wcześniej, lubimy gadać, i wciąga w dyskusję. Nie ma przy sobie żadnej latorośli, a więc nic nie hamuje swobody historycznej rozmowy. Kłopot jednak w tym, że filmowa „wiedza” tkwi w owym bardzo głęboko. Pamiętam pana, który z kwadrans tłumaczył mi jak wielkie straty poniosła 1. Samodzielna Brygada Desantowa w czasie lądowania pod Driel (operacja Market-Garden), tworząc plastyczne obrazy pokazywał jak Niemcy „pruli” do nich z karabinów maszynowych i nie dał się przekonać, że akurat w czasie tego desantu spadochroniarze ponieśli straty niewielkie, bo on to… widział… w filmie. Brrrr…
Bo to książki czytać trzeba. Ale niestety ostatnio nawet na książki trzeba uważać. W ostatnich latach na księgarskie półki trafiło kilka książek napisanych przez dziennikarzy, którzy postanowili ponaśladować swoich starszych kolegów po fachu z krajów anglosaskich i pisać dobre książki o historii, książki napisane tak żeby czytali je i zechcieli kupować zwykli ludzie.
Niestety owi dziennikarze nie posiadając tyle talentu, czasu i wiedzy co ich koledzy z Zachodu poszli w sensację i wzbudzenie zainteresowania poruszeniem tematów kontrowersyjnych w sposób kontrowersyjny i bardzo subiektywny. Czasem aż zniechęcający do czytania!
„Igły” Marka Łuszczyny są inne. Po pierwsze autor nie stawia na nachalną kontrowersję, po drugie porusza temat mniej znany – walczących w drugiej wojnie światowej kobiet i to kobiet służących w wywiadzie lub w działaniach wymagających umiejętności równych agentom wywiadu.
To bardzo dobrze, że ktoś zajął się przypomnieniem wojennych historii tych Pań, bo ich dokonania są równie ważne, a czasem ważniejsze, niż bohaterów-żołnierzy, którzy z wrogami Rzeczpospolitej walczyli z bronią w ręku na polach sławnych bitew.
Więcej o tej pozycji znajdziecie tutaj: http://www.wojennehistorie.pl/2014/02/kurierki-agentki-i-kobiety-szpiedzy.html
Jednak i w tej książce tkwi niebezpieczeństwo. Autor nie odrobił lekcji z historii, zdarza mu się pomylić oczywiste fakty historyczne (np. w 1943 roku Niemcy nie bombardowali jeszcze Londynu bombami latającymi), nadawać akcjom agentek zbyt wielkie znaczenie poprzez przejaskrawianie ich dokonań (np. atak komandosów na St. Nazaire nie zniszczył portu, choć postawione zadanie zostało wykonane), lub wymyślać przygody swojej bohaterki (udział duńsko-polskiej agentki, fotoreporterki w lądowaniu w Normandii wydaje się, delikatnie rzecz ujmując, mocno wątpliwy). Moja ocena tego typu traktowania historii waha się pomiędzy oskarżeniem autora o całkowitą ignorancję, a przypisaniem mu, bardziej cynicznie, świadomego manipulowania faktami dla zwiększenia atrakcyjności swoich bohaterek i przez to książki.
Szkoda, bowiem „Igły” opowiadają bardzo ważne wojenne historie kobiet wojowniczek państwa podziemnego, a tymczasem błędy popełnione przez autora każą uprzedzić czytelników żeby wszystkie podane przez niego fakty poddali baczniejszej analizie, a książkę potraktowali jak film, w którym nie we wszystko trzeba wierzyć, a podane atrakcyjnie fakty warto sprawdzić.
Tym niemniej książkę polecam, bo książki czytać trzeba. Ja sam przeczytałem ją w e-booku.
Zubek
Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 16. lutego 2014 r.
wtorek, 27 maja 2014
Co powie tata?
Kolejnym, po inscenizacjach historycznych, elementem wierzchołka góry lodowej rekonstrukcji, czyli tego co ludzkość widzi z całego rekonstrukcyjnego świata, są nasze dioramy, czy w uboższej wersji wystawki sprzętu, uzbrojenia, wyposażenia i umundurowania.
Dioramy z prawdziwego zdarzenia, te które wymagają mnóstwa pracy, modelarskich uzdolnień, sił i środków, zdarzają się rzadko i na specjalne okazje. Częściej przygotowujemy takie „dioramy” prowizoryczne, a raczej wystawiamy siebie i sprzęt na widok publiczny starając się o zachowanie maksimum realizmu.
Wszystko to jest zazwyczaj uzupełnieniem inscenizacji historycznej. Przecież, mimo że sama inscenizacja jest ciekawa, dynamiczna i opowiada pewną wojenną historię z mnóstwem wybuchów („piro”) i wystrzałów („amo”), to jednak występujących tam żołnierzy można obejrzeć z daleka, zza ogrodzenia, czy zza taśmy. Dystans konieczny dla zachowania czystości sceny historycznej oraz ze względu na bezpieczeństwo („piro i amo”!).
Jednak wiemy jak bardzo dla ludzkiej pamięci ważny jest dotyk i inne bodźce bliskiego obcowania z historią i dlatego każdej dobrej inscenizacji towarzyszą „wystawki” grup rekonstrukcyjnych po lub przed spektaklem. Wtedy można do nas podejść, „podotykać”, przymierzyć i przymierzyć się… Poobcować na żywo z czymś, co inaczej można by obejrzeć tylko w muzeach, za szybami gablot lub za sznurem i napisem „nie dotykać”. U nas prawie zawsze można dotknąć („prawie” to zastrzeżenie dotyczące eksponatów szczególnie cennych, których ew. uszkodzenie naraziłoby na straty właściciela, ale także zubożyłyby pamięć historyczną dla następnych pokoleń).
Co ważne, nasze hobby to nie tylko zbieranie i wystawianie. Jako absolutni pasjonaci jesteśmy świetnymi źródłami informacji o przedstawianej wojennej historii, wyposażeniu, umundurowaniu, uzbrojeniu. Niemal każdy z nas ma za sobą dziesiątki i setki taki przygodnych dyskusji. Czasami są one tylko dzieleniem się naszą wiedzą, ale zdarzają się także rozmówcy, od których się uczymy, którzy potrafią podrzucić ciekawy i nieznany fakt, nikogo nie można lekceważyć.
Są jednak takie chwile, gdy cierpnie skóra. To moment, w którym podchodzi do nas tata z synem, synami. Jakoś siódmym, rekonstrukcyjnym zmysłem można wyczuć, że to nie jest zwykły tata, ale właśnie TEN – Ojciec, który wie wszystko.
Podchodzi i traktując rekonstruktora jak żywy manekin, zaczyna sam tłumaczyć synowi wszystkie tajemnice historyczne, opisuje szczegóły uzbrojenia itd. itp. Niestety, plecie kompletne bzdury, myląc daty, wydarzenia, szczegóły, a jego wiedza zdradza pomieszanie tego, co zapomniał ze szkoły z tym, co zapomniał po obejrzeniu kilku telewizyjnych seriali i filmów wcale nie dokumentalnych.
Cóż ma zrobić wtedy biedny rekonstruktor?
Pytanie nie jest wcale takie dziwne i głupie jak się wydaje na pierwszy rzut oka.
W duszy rekonstruktora i historyka amatora grzmią baterie haubic, haubicoarmat a może nawet dział okrętowych, a cała ta ciężka artyleria grzmi: bzdury! Bzdury! Trzeba prostować te bzdury! Młody człowiek wysłucha swojego taty i do końca życia (szansa, że szkoła coś wyprostuje nie jest specjalnie wielka) będzie musiał żyć ze spaczoną historią. Jakby narodowych mitów nie wystarczało!
Ale jednak mamy przed sobą Tatę z synem. Z naprawienia błędów tego pierwszego może w najlepszym razie wyjść podważenie ojcowskiego autorytetu, w najgorszym pyskówka, gdy szanowny tatuś owego autorytetu będzie bronił. A wszystko to dla złudnej nadziei, że młody człowiek zrozumie i zapamięta coś więcej niż „piro i amo” z inscenizacji. Dylemat jest wobec tego niemały: z jednej strony prawda historyczna, z drugiej autorytet ojca.
Ja osobiście wolę zamilknąć, licząc na selektywną pamięć młodego pokolenia. Czasem tylko, gdy widzę choć iskrę zainteresowania i próbę potwierdzenia swojej wiedzy absolutnej, pozwalam sobie na próbę nawiązania rozmowy z gorliwym tatą.
Czasem się udaje.
Zubek
Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 2. lutego 2014 r.
Na zdjęciu diorama FJ R1 przygotowana m.in. przez członków Stowarzyszenia Zachód 1944 (wyróżnienie Gostyń - Strefa Militarna 2012)
Dioramy z prawdziwego zdarzenia, te które wymagają mnóstwa pracy, modelarskich uzdolnień, sił i środków, zdarzają się rzadko i na specjalne okazje. Częściej przygotowujemy takie „dioramy” prowizoryczne, a raczej wystawiamy siebie i sprzęt na widok publiczny starając się o zachowanie maksimum realizmu.
Wszystko to jest zazwyczaj uzupełnieniem inscenizacji historycznej. Przecież, mimo że sama inscenizacja jest ciekawa, dynamiczna i opowiada pewną wojenną historię z mnóstwem wybuchów („piro”) i wystrzałów („amo”), to jednak występujących tam żołnierzy można obejrzeć z daleka, zza ogrodzenia, czy zza taśmy. Dystans konieczny dla zachowania czystości sceny historycznej oraz ze względu na bezpieczeństwo („piro i amo”!).
Jednak wiemy jak bardzo dla ludzkiej pamięci ważny jest dotyk i inne bodźce bliskiego obcowania z historią i dlatego każdej dobrej inscenizacji towarzyszą „wystawki” grup rekonstrukcyjnych po lub przed spektaklem. Wtedy można do nas podejść, „podotykać”, przymierzyć i przymierzyć się… Poobcować na żywo z czymś, co inaczej można by obejrzeć tylko w muzeach, za szybami gablot lub za sznurem i napisem „nie dotykać”. U nas prawie zawsze można dotknąć („prawie” to zastrzeżenie dotyczące eksponatów szczególnie cennych, których ew. uszkodzenie naraziłoby na straty właściciela, ale także zubożyłyby pamięć historyczną dla następnych pokoleń).
Co ważne, nasze hobby to nie tylko zbieranie i wystawianie. Jako absolutni pasjonaci jesteśmy świetnymi źródłami informacji o przedstawianej wojennej historii, wyposażeniu, umundurowaniu, uzbrojeniu. Niemal każdy z nas ma za sobą dziesiątki i setki taki przygodnych dyskusji. Czasami są one tylko dzieleniem się naszą wiedzą, ale zdarzają się także rozmówcy, od których się uczymy, którzy potrafią podrzucić ciekawy i nieznany fakt, nikogo nie można lekceważyć.
Są jednak takie chwile, gdy cierpnie skóra. To moment, w którym podchodzi do nas tata z synem, synami. Jakoś siódmym, rekonstrukcyjnym zmysłem można wyczuć, że to nie jest zwykły tata, ale właśnie TEN – Ojciec, który wie wszystko.
Podchodzi i traktując rekonstruktora jak żywy manekin, zaczyna sam tłumaczyć synowi wszystkie tajemnice historyczne, opisuje szczegóły uzbrojenia itd. itp. Niestety, plecie kompletne bzdury, myląc daty, wydarzenia, szczegóły, a jego wiedza zdradza pomieszanie tego, co zapomniał ze szkoły z tym, co zapomniał po obejrzeniu kilku telewizyjnych seriali i filmów wcale nie dokumentalnych.
Cóż ma zrobić wtedy biedny rekonstruktor?
Pytanie nie jest wcale takie dziwne i głupie jak się wydaje na pierwszy rzut oka.
W duszy rekonstruktora i historyka amatora grzmią baterie haubic, haubicoarmat a może nawet dział okrętowych, a cała ta ciężka artyleria grzmi: bzdury! Bzdury! Trzeba prostować te bzdury! Młody człowiek wysłucha swojego taty i do końca życia (szansa, że szkoła coś wyprostuje nie jest specjalnie wielka) będzie musiał żyć ze spaczoną historią. Jakby narodowych mitów nie wystarczało!
Ale jednak mamy przed sobą Tatę z synem. Z naprawienia błędów tego pierwszego może w najlepszym razie wyjść podważenie ojcowskiego autorytetu, w najgorszym pyskówka, gdy szanowny tatuś owego autorytetu będzie bronił. A wszystko to dla złudnej nadziei, że młody człowiek zrozumie i zapamięta coś więcej niż „piro i amo” z inscenizacji. Dylemat jest wobec tego niemały: z jednej strony prawda historyczna, z drugiej autorytet ojca.
Ja osobiście wolę zamilknąć, licząc na selektywną pamięć młodego pokolenia. Czasem tylko, gdy widzę choć iskrę zainteresowania i próbę potwierdzenia swojej wiedzy absolutnej, pozwalam sobie na próbę nawiązania rozmowy z gorliwym tatą.
Czasem się udaje.
Zubek
Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 2. lutego 2014 r.
Na zdjęciu diorama FJ R1 przygotowana m.in. przez członków Stowarzyszenia Zachód 1944 (wyróżnienie Gostyń - Strefa Militarna 2012)
poniedziałek, 26 maja 2014
Gdy słowo myśl określa
Po tym, jak ludzie używają słów i jak je ze sobą łączą, możemy najczęściej określić kim są, jaki mają stosunek do życia, rzeczywistości, a czasami również historii. Wg mnie taką rolę, w niektórych momentach, spełnia słowo - „sowiecki”.
Czytam ostatnio książkę historyczną, pełną wojennych historii, czasami nawet zbyt pełną, bo jest to „Wicher wojny” Andrew Robertsa opisującą całą druga wojnę światową. Książka spora, ale dość łatwa do czytania, ze zgrabną narracją i dość obiektywnie traktująca historię. Z jednym wyjątkiem, nie zawinionym przez autora: Związek Radziecki określa się tam mianem Związku Sowieckiego. Z całą pewnością za takie tłumaczenie odpowiada tłumacz, albo co gorsza wydawnictwo.
Dlaczego uważam to za błąd?
Przyzwyczaiłem się do tego, że część środowisk określa owo, na całe szczęście, nieistniejące już państwo, mianem Sowietów, Związku Sowieckiego, czy Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, w skrócie ZSRS. Dobrze, trudno; jak ktoś chce i tak mu łatwiej, czuje przez to większą więź ze swoimi przodkami z II RP – proszę bardzo, nie poprawiam. Ale tak się składa, że używanie tego tłumaczenia ma znaczenie jednoznacznie, lub w bardzo dużym procencie, pejoratywne. Jak ktoś mówi o Sowietach, to ma na myśli wszystkie krzywdy, które od tego państwa nas Polaków spotkały. I tu się zgadzam; mam tylko jeden problem: otóż moje podejście do historii zakłada zawsze próbę oceny obiektywnej i od razu kłóci się z tym ocena wystawiana przez historyka poprzez używanie słowa o znaczeniu negatywnym.
Ja używam słowa „radziecki”, bo po pierwsze tak mnie nauczono, a po drugie, gdy zacząłem rozważać zastąpienie go słowem „sowiecki”, żeby nie używać formy wymyślonej przez komunistów, okazało się, że to nie oni zaczęli je używać.
Słowo radziecki, przed wojną, promował sowietolog Wiktor Sukiennicki, który m.in. napisał książkę „Ewolucja ustroju Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich w świetle oficjalnych publikacji władzy radzieckiej” wydaną w Polsce w roku 1937. Sukiennicki uważał, że nie powinniśmy używać rusycyzmu jeśli możemy go zastąpić polskim słowem. Tak więc i ja pozostałem przy owym polskim słowie.
I dlatego przeszkadza mi, gdy tłumacz i wydawnictwo w dość rzetelnej książce dorabiają autorowi dodatkową intencję w ocenie Związku Radzieckiego podczas wojny, bo on świetnie sobie z tym radzi samodzielnie.
Zanim zdecydowałem się napisać powyższe przeczytałem z dziesięć różnych opinii i definicji, które można znaleźć w książkach i necie, wszystkie one potwierdziły moje obawy. Na dodatek spotkałem się z ciekawym zjawiskiem, otóż okazuje się, że ci co używają słowa radziecki są z pewnością sympatykami owego państwa i ustroju, a co najmniej mają umysły zniewolone przez ówczesną propagandę. Tak twierdzącym radzę poczytać, bo w książkach jest mądrość, i policzyć, a zobaczycie, że publikacje, które starają się neutralnie oceniać historię używają słowa na R, te zaś które przedstawiają tylko nasze krzywdy i nasze zwycięstwa nad znienawidzonym wrogiem – tego drugiego, na S. Ja osobiście wolę to pierwsze, bo swój rozum mam i wolę fakty, które pozwalają mi samemu wyciągać wnioski i oceny.
Zubek
Felieton opublikowany na www.blogpublika.com, 18. stycznia 2014 r.
Czytam ostatnio książkę historyczną, pełną wojennych historii, czasami nawet zbyt pełną, bo jest to „Wicher wojny” Andrew Robertsa opisującą całą druga wojnę światową. Książka spora, ale dość łatwa do czytania, ze zgrabną narracją i dość obiektywnie traktująca historię. Z jednym wyjątkiem, nie zawinionym przez autora: Związek Radziecki określa się tam mianem Związku Sowieckiego. Z całą pewnością za takie tłumaczenie odpowiada tłumacz, albo co gorsza wydawnictwo.
Dlaczego uważam to za błąd?
Przyzwyczaiłem się do tego, że część środowisk określa owo, na całe szczęście, nieistniejące już państwo, mianem Sowietów, Związku Sowieckiego, czy Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, w skrócie ZSRS. Dobrze, trudno; jak ktoś chce i tak mu łatwiej, czuje przez to większą więź ze swoimi przodkami z II RP – proszę bardzo, nie poprawiam. Ale tak się składa, że używanie tego tłumaczenia ma znaczenie jednoznacznie, lub w bardzo dużym procencie, pejoratywne. Jak ktoś mówi o Sowietach, to ma na myśli wszystkie krzywdy, które od tego państwa nas Polaków spotkały. I tu się zgadzam; mam tylko jeden problem: otóż moje podejście do historii zakłada zawsze próbę oceny obiektywnej i od razu kłóci się z tym ocena wystawiana przez historyka poprzez używanie słowa o znaczeniu negatywnym.
Ja używam słowa „radziecki”, bo po pierwsze tak mnie nauczono, a po drugie, gdy zacząłem rozważać zastąpienie go słowem „sowiecki”, żeby nie używać formy wymyślonej przez komunistów, okazało się, że to nie oni zaczęli je używać.
Słowo radziecki, przed wojną, promował sowietolog Wiktor Sukiennicki, który m.in. napisał książkę „Ewolucja ustroju Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich w świetle oficjalnych publikacji władzy radzieckiej” wydaną w Polsce w roku 1937. Sukiennicki uważał, że nie powinniśmy używać rusycyzmu jeśli możemy go zastąpić polskim słowem. Tak więc i ja pozostałem przy owym polskim słowie.
I dlatego przeszkadza mi, gdy tłumacz i wydawnictwo w dość rzetelnej książce dorabiają autorowi dodatkową intencję w ocenie Związku Radzieckiego podczas wojny, bo on świetnie sobie z tym radzi samodzielnie.
Zanim zdecydowałem się napisać powyższe przeczytałem z dziesięć różnych opinii i definicji, które można znaleźć w książkach i necie, wszystkie one potwierdziły moje obawy. Na dodatek spotkałem się z ciekawym zjawiskiem, otóż okazuje się, że ci co używają słowa radziecki są z pewnością sympatykami owego państwa i ustroju, a co najmniej mają umysły zniewolone przez ówczesną propagandę. Tak twierdzącym radzę poczytać, bo w książkach jest mądrość, i policzyć, a zobaczycie, że publikacje, które starają się neutralnie oceniać historię używają słowa na R, te zaś które przedstawiają tylko nasze krzywdy i nasze zwycięstwa nad znienawidzonym wrogiem – tego drugiego, na S. Ja osobiście wolę to pierwsze, bo swój rozum mam i wolę fakty, które pozwalają mi samemu wyciągać wnioski i oceny.
Zubek
Felieton opublikowany na www.blogpublika.com, 18. stycznia 2014 r.
niedziela, 25 maja 2014
Ile waży hełm?
Inscenizacje historyczne są ważne?
Są tacy rekonstruktorzy, którzy żyją dla inscenizacji i w niej widzą największą siłę i sens rekonstrukcji historycznej. W widowiskowości i masie owych. Jak się ostatnio doczytałem - liczy się tylko "piro i amo" (po polsku: efekty pirotechniczne i duża ilość wystrzelonej amunicji).
Faktem bezspornym jest to, że inscenizacja jest tym co w rekonstrukcji historycznej jest najbardziej widoczne, zazwyczaj przez owe widowiska postrzegają rekonstruktorów zwykli śmiertelnicy. Nasi widzowie to rzadko pasjonaci znający się na historii na tyle by rozpoznać i docenić wszystkie szczegóły naszego umundurowania, wyposażenia i uzbrojenia. Zazwyczaj liczą na „piękną” i głośną bitwę, która trochę będzie przypominała to co mogą zobaczyć w kinie, czy telewizji. Im głośniej i bardziej widowiskowo tym lepiej, czyli „liczy się tylko piro i amo”.
To, że duża część naszych widzów mniej jest zainteresowana przekazywana przez nas historią niż formą w jakiej to robimy po dłuższym zastanowieniu (no dobra – po krótkim zastanowieniu) wydaje się oczywiste, nie wszyscy muszą interesować się historią, nawet ojczystą. Niby powinni, ale nie muszą, a my nie zastąpimy całego systemu nauczania i rodziców. Krótkie spotkanie z rekonstruktorami i inscenizacją nie zastąpią książek, mądrych nauczycieli i rodziców i... książek. Tych, dla których inscenizacje są najważniejsze i w nich widzą klucz rekonstrukcji i edukacji historycznej ta sytuacja mocno frustruje.
Dygresja
W zeszłym roku, w jednej super miejscowości, inscenizowaliśmy potyczkę Brytyjskich i Kanadyjskich spadochroniarzy z Niemcami w Normandii. Kilkudziesięciominutowa inscenizacja relacjonowana i tłumaczona była przez spikera, a cały weekend poświęcony był, niemal w całości, walkom na Zachodzie w czerwcu/lipcu/sierpniu 1944 roku. W związku z tym jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałem, na godzinę po inscenizacji, czekając na transport dla naszych gratów, że nieźle walczyli ci „Ruscy”!
Po dygresji.
No bo tu człowiek się stara, siódme poty wypaca, scenariusze układa, lub chociaż stara się je jak najlepiej zrealizować (różne są w końcu stopnie wtajemniczenia) a tu okazuje się, że z całej opowiedzianej historii w widzach został „zajebisty wybuch” i „dłuuuugie seria cekaemu”. Ręce potrafią opaść.
I rodzi się myśl niebezpieczna – jeśli nasi widzowie to ignoranci, którzy nie odróżniają STG-44 od AK-47 i bluzy mundurowej P37 od P49 to po co się wysilać. Wyposażenie i uzbrojenie żołnierza piechoty przez wieki ważyło zawsze około 35 kilogramów, od czasów Spartan do czasów współczesnych. Dobrze ubrany i wyposażony rekonstruktor nosi na sobie co najmniej większość tego ciężaru. W naszych ładownicach są magazynki z imitacjami amunicji lub chociaż z łuskami, w plecakach wyposażenie będące replikami oryginalnego lub prawdziwymi fantami z epoki. Racje żywnościowe nie są atrapami a prawdziwym jedzeniem „przebranym” w historyczne opakowania. Imitacje broni, którymi się posługujemy ważą tyle co oryginały. I tak dalej, i tym podobne, nasza publiczność tego nie widzi i nie wie, a trzeba mieć świadomość, ze nawet gdyby wiedziała dla części z nich nie miałoby to znaczenia, bo przecież „liczy się tylko piro i amo”.
Przepocone ciuchy i zmęczenie po inscenizacji rodzą niebezpieczne myśli. Bo jeśli nikt nie docenia naszego wysiłku i „koszerności” (rozumianej jako „zgodność z odtwarzanym okresem i oryginałami wyposażenia, uzbrojenia i umundurowania”) to po co to wszystko. Plastikowy hełm waży ułamek tego co stalowy, a jeszcze jest w nim mniej gorąco, a z daleka wyglądają tak samo. Bluza P49, różni się od tej P37, ale laik i tak nie dostrzeże różnicy, a ta pierwsza jest łatwiej dostępna i tańsza niż druga. Do plecaka można włożyć koc, lub jeszcze lepiej styropianowe elementy po opakowaniu telewizora, będzie wyglądał tak samo, a będzie znacznie lżejszy, no i odpadnie żmudne i kosztowne kompletowanie wyposażenia.
Jednak mówię Wam, ja rekonstruktor od lat kilku, nie idźcie tą drogą! (cytat z klasyka zamierzony i nie nie jestem pod wpływem). Bowiem rekonstrukcja historyczna to nie tylko inscenizacje, choćby nie wiem jak częste (czasem, jak mi się zdaje, zbyt częste), ale wszystko to co jest pomiędzy nimi. Nadużywane porównanie do góry lodowej jest tu jak najbardziej na miejscu, to co zwykły widz inscenizacji widzi to tylko niewielka część życia rekonstruktorów.
Od jakiegoś czasu powtarzam, obrazoburczą dla niektórych, tezę, że rekonstrukcja historyczna to hobby jak każde inne. I najczęściej nie różni się niczym od innych. Tak jak filateliści żmudnie i za duże pieniądze gromadzimy swoją kolekcję, wymieniamy się z innymi zbieraczami, czasem coś sprzedajemy by mieć środki na zakup czegoś innego, zgłębiamy historię dotycząca naszych zbiorów i ich powstania, od czasu do czasu jeździmy na wystawy (w wypadku rekonstruktorów dioramy i inscenizacje). Oczywiście czasem możemy sobie dorobić ideologię o upamiętnianiu i upowszechnianiu i zazwyczaj jest ona prawdziwa, bo przejmujemy się losem naszych bohaterów i zależy nam na utrzymaniu pamięci o nich.
Tym niemniej tym razem, dla tego głosu w dyskusji, ważne jest, że inscenizacje nie są celem, a raczej nie powinny być celem, rekonstrukcji historycznej, podobnie jak wystawy akwarystyczne nie są celem hodowców rybek akwariowych. Nasze widowiska są tylko pokazaniem tego czym zajmujemy się na co dzień – mozolnego odtwarzania historii, krok za krokiem, fant za fantem i książka za książką.
Bo, jeśli nie chcemy być postrzegani jako jarmarczni artyści, którzy przebierają się i występują dla zabawy gawiedzi wszelakiej, albo jak ci co dla własnej zabawy wyciągają z miejskiej kasy pieniądze, które mogłyby być przeznaczone dla wdów i sierot, albo na koncert Dody, to postarajmy się by w tym co robimy było jak najwięcej historii, a jak najmniej taniego widowiska.
Zubek
Ps. Sprawdziłem - mój hełm, replika brytyjskiego spadochronowego AT Mk II waży 1,3 kg, razem z siatką i maskowaniem, ciężka to „czapka”.
Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 12. stycznia 2014 r.
Zdjęcie z kalendarza Stowarzyszenia Zachód 1944, foto i kreacja Przemysław Borkowski
Są tacy rekonstruktorzy, którzy żyją dla inscenizacji i w niej widzą największą siłę i sens rekonstrukcji historycznej. W widowiskowości i masie owych. Jak się ostatnio doczytałem - liczy się tylko "piro i amo" (po polsku: efekty pirotechniczne i duża ilość wystrzelonej amunicji).
Faktem bezspornym jest to, że inscenizacja jest tym co w rekonstrukcji historycznej jest najbardziej widoczne, zazwyczaj przez owe widowiska postrzegają rekonstruktorów zwykli śmiertelnicy. Nasi widzowie to rzadko pasjonaci znający się na historii na tyle by rozpoznać i docenić wszystkie szczegóły naszego umundurowania, wyposażenia i uzbrojenia. Zazwyczaj liczą na „piękną” i głośną bitwę, która trochę będzie przypominała to co mogą zobaczyć w kinie, czy telewizji. Im głośniej i bardziej widowiskowo tym lepiej, czyli „liczy się tylko piro i amo”.
To, że duża część naszych widzów mniej jest zainteresowana przekazywana przez nas historią niż formą w jakiej to robimy po dłuższym zastanowieniu (no dobra – po krótkim zastanowieniu) wydaje się oczywiste, nie wszyscy muszą interesować się historią, nawet ojczystą. Niby powinni, ale nie muszą, a my nie zastąpimy całego systemu nauczania i rodziców. Krótkie spotkanie z rekonstruktorami i inscenizacją nie zastąpią książek, mądrych nauczycieli i rodziców i... książek. Tych, dla których inscenizacje są najważniejsze i w nich widzą klucz rekonstrukcji i edukacji historycznej ta sytuacja mocno frustruje.
Dygresja
W zeszłym roku, w jednej super miejscowości, inscenizowaliśmy potyczkę Brytyjskich i Kanadyjskich spadochroniarzy z Niemcami w Normandii. Kilkudziesięciominutowa inscenizacja relacjonowana i tłumaczona była przez spikera, a cały weekend poświęcony był, niemal w całości, walkom na Zachodzie w czerwcu/lipcu/sierpniu 1944 roku. W związku z tym jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałem, na godzinę po inscenizacji, czekając na transport dla naszych gratów, że nieźle walczyli ci „Ruscy”!
Po dygresji.
No bo tu człowiek się stara, siódme poty wypaca, scenariusze układa, lub chociaż stara się je jak najlepiej zrealizować (różne są w końcu stopnie wtajemniczenia) a tu okazuje się, że z całej opowiedzianej historii w widzach został „zajebisty wybuch” i „dłuuuugie seria cekaemu”. Ręce potrafią opaść.
I rodzi się myśl niebezpieczna – jeśli nasi widzowie to ignoranci, którzy nie odróżniają STG-44 od AK-47 i bluzy mundurowej P37 od P49 to po co się wysilać. Wyposażenie i uzbrojenie żołnierza piechoty przez wieki ważyło zawsze około 35 kilogramów, od czasów Spartan do czasów współczesnych. Dobrze ubrany i wyposażony rekonstruktor nosi na sobie co najmniej większość tego ciężaru. W naszych ładownicach są magazynki z imitacjami amunicji lub chociaż z łuskami, w plecakach wyposażenie będące replikami oryginalnego lub prawdziwymi fantami z epoki. Racje żywnościowe nie są atrapami a prawdziwym jedzeniem „przebranym” w historyczne opakowania. Imitacje broni, którymi się posługujemy ważą tyle co oryginały. I tak dalej, i tym podobne, nasza publiczność tego nie widzi i nie wie, a trzeba mieć świadomość, ze nawet gdyby wiedziała dla części z nich nie miałoby to znaczenia, bo przecież „liczy się tylko piro i amo”.
Przepocone ciuchy i zmęczenie po inscenizacji rodzą niebezpieczne myśli. Bo jeśli nikt nie docenia naszego wysiłku i „koszerności” (rozumianej jako „zgodność z odtwarzanym okresem i oryginałami wyposażenia, uzbrojenia i umundurowania”) to po co to wszystko. Plastikowy hełm waży ułamek tego co stalowy, a jeszcze jest w nim mniej gorąco, a z daleka wyglądają tak samo. Bluza P49, różni się od tej P37, ale laik i tak nie dostrzeże różnicy, a ta pierwsza jest łatwiej dostępna i tańsza niż druga. Do plecaka można włożyć koc, lub jeszcze lepiej styropianowe elementy po opakowaniu telewizora, będzie wyglądał tak samo, a będzie znacznie lżejszy, no i odpadnie żmudne i kosztowne kompletowanie wyposażenia.
Jednak mówię Wam, ja rekonstruktor od lat kilku, nie idźcie tą drogą! (cytat z klasyka zamierzony i nie nie jestem pod wpływem). Bowiem rekonstrukcja historyczna to nie tylko inscenizacje, choćby nie wiem jak częste (czasem, jak mi się zdaje, zbyt częste), ale wszystko to co jest pomiędzy nimi. Nadużywane porównanie do góry lodowej jest tu jak najbardziej na miejscu, to co zwykły widz inscenizacji widzi to tylko niewielka część życia rekonstruktorów.
Od jakiegoś czasu powtarzam, obrazoburczą dla niektórych, tezę, że rekonstrukcja historyczna to hobby jak każde inne. I najczęściej nie różni się niczym od innych. Tak jak filateliści żmudnie i za duże pieniądze gromadzimy swoją kolekcję, wymieniamy się z innymi zbieraczami, czasem coś sprzedajemy by mieć środki na zakup czegoś innego, zgłębiamy historię dotycząca naszych zbiorów i ich powstania, od czasu do czasu jeździmy na wystawy (w wypadku rekonstruktorów dioramy i inscenizacje). Oczywiście czasem możemy sobie dorobić ideologię o upamiętnianiu i upowszechnianiu i zazwyczaj jest ona prawdziwa, bo przejmujemy się losem naszych bohaterów i zależy nam na utrzymaniu pamięci o nich.
Tym niemniej tym razem, dla tego głosu w dyskusji, ważne jest, że inscenizacje nie są celem, a raczej nie powinny być celem, rekonstrukcji historycznej, podobnie jak wystawy akwarystyczne nie są celem hodowców rybek akwariowych. Nasze widowiska są tylko pokazaniem tego czym zajmujemy się na co dzień – mozolnego odtwarzania historii, krok za krokiem, fant za fantem i książka za książką.
Bo, jeśli nie chcemy być postrzegani jako jarmarczni artyści, którzy przebierają się i występują dla zabawy gawiedzi wszelakiej, albo jak ci co dla własnej zabawy wyciągają z miejskiej kasy pieniądze, które mogłyby być przeznaczone dla wdów i sierot, albo na koncert Dody, to postarajmy się by w tym co robimy było jak najwięcej historii, a jak najmniej taniego widowiska.
Zubek
Ps. Sprawdziłem - mój hełm, replika brytyjskiego spadochronowego AT Mk II waży 1,3 kg, razem z siatką i maskowaniem, ciężka to „czapka”.
Felieton ukazał się na www.blogpublika.com, 12. stycznia 2014 r.
Zdjęcie z kalendarza Stowarzyszenia Zachód 1944, foto i kreacja Przemysław Borkowski
sobota, 24 maja 2014
Co tam panie w muzeach?
Wejście do sali zasłonięte jest przez pocięty na pasy worek jutowy i tabliczkę, by pozostawić go zasłoniętym po przejściu. Cóż to za pomysł? Tajemnica roztajemnicza się zaraz po wejściu, w środku klimatyzacja ustawiona jest na full i panuje tu zimno, bo ten „mróz” jest częścią dioramy. Przechodzimy do innego świata: jest grudzień 1944 roku, las w Ardenach, śnieg i brodzący w nim amerykańscy żołnierze, którzy uciekają przed niemiecką ofensywą. Przedstawiająca tę scenę diorama na jakieś 15 m szerokości i 15 m głębokości, najdalszych żołnierzy ledwo widać w panujących półmroku.
Najważniejszą częścią ekspozycji jest absurdalna scena: amerykańscy piechociarze pchają płaskodenną łódź wypełnioną różnym zaopatrzeniem. Gdy pozwalam sobie na kąśliwy komentarz o sensie tego obrazka, kolega szturcha mnie w ramię i pokazuje za plecy. Na przeciwległej ścianie zdjęcie w skali 1:1 pokazuje tą scenę w oryginale. Tracę głos w pół słowa. Niby już wiemy, że dobre muzea przedstawiają historię właśnie w ten sposób, a to muzeum pokazało nam już wiele świetnych dioram, ale coś takiego?
Muzea przecież są nudne, a jedyną atrakcją jaka kojarzyła się nam z muzeami był wolny dzień, który zamiast w szkole spędzało się na wycieczce z wszystkimi tego konsekwencjami. Zaś polskie muzea militarne to statyczne wystawy stojącego „pod chmurką” sprzętu, koniecznie otoczonego płotem z tabliczką „zakaz dotykania”. Do tego szklane gabloty z oryginalnymi eksponatami z wykopalisk. I konieczny i egzekwowany rygorystycznie przez panie pilnujące „zakaz fotografowania”. Całe szczęście to powoli się zmienia.
Zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę i doceniać to, jak w krajach zachodnich dba się o historię i jej zachowanie, także w muzeach. Bo na zgniłym zachodzie dawno już doszli do tego, że by zachować historię i pamięć nie wystarczy stawiać pomniki i pielęgnować cmentarze, ale trzeba postawić na historię żywą i pokazanie jej w muzeum.
Tego rodzaju edukacja historyczna ma dwa cele: po pierwsze pozwala doskonale zachować eksponaty z danej epoki historycznej, po drugie eksponować je tak, by były ciekawe i wciągały widza w daną epokę. U nas tez tak kiedyś robiono, czymże innym jest Panorama Racławicka?
Polskie muzea są biedne, bo wtedy, kiedy „tam” (na zachodzie) zbierano wojenne pamiątki, by zachować pamięć i historię, a „gdzie indziej” (na wschodzie) zbierano wojenne pamiątki, by wykorzystać do końca wszystkie ew. zdobycze techniki, u nas przekuwano miecze na lemiesze. I to dosłownie, bo każdy kilogram stali ze stojących po polach czołgów itp. miał się przydać odbudowywanej gospodarce, a zachowanie choć kilku sztuk obcych pojazdów dla celów muzealnych zapewne wydawała się marnotrawstwem. No i wszyscy chcieli zapomnieć o wojnie. Teraz gdy już możemy robić coś więcej polskie muzea militarne nie stać na dobre ekspozycje. Pewnie całe środki przeznaczają na powiększenie swoich zbiorów. Bo przecież czasem więcej eksponatów znajduje się w rekach prywatnych kolekcjonerów i ich muzeów niż w tych oficjalnych, państwowych i samorządowych placówkach.
Oczywiście istnieje jedno z lepszych i nowocześniejszych polskich muzeów – Muzeum Powstania Warszawskiego, którego ekspozycje i pomysły na pokazanie historii mogą być wzorem dla innych, ale wg mnie cierpi ono na tak potwornie polski kompleks, że niemal odpada z konkurencji. Pewnie kiedyś o tym jeszcze napiszę.
No i mamy Muzeum II Wojny Światowej, które daje nadzieję, że będzie na pewnym poziomie.
Inaczej nadal będziemy musieli jeździć do muzeów militarnych na Zachodzie, w Niemczech, Belgii, Holandii, Francji, czy małym Luksemburgu...
Zubek
Ps. Diorama, która tak mnie zachwyciła znajduje się w Narodowym Muzeum Militarnym w Luksemburgu w miejscowości Diekirch http://www.mnhm.lu/www/usa/ . Nasze zdjęcia na stronie: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.541320172547645.131510.322625597750438&type=3
Najważniejszą częścią ekspozycji jest absurdalna scena: amerykańscy piechociarze pchają płaskodenną łódź wypełnioną różnym zaopatrzeniem. Gdy pozwalam sobie na kąśliwy komentarz o sensie tego obrazka, kolega szturcha mnie w ramię i pokazuje za plecy. Na przeciwległej ścianie zdjęcie w skali 1:1 pokazuje tą scenę w oryginale. Tracę głos w pół słowa. Niby już wiemy, że dobre muzea przedstawiają historię właśnie w ten sposób, a to muzeum pokazało nam już wiele świetnych dioram, ale coś takiego?
Muzea przecież są nudne, a jedyną atrakcją jaka kojarzyła się nam z muzeami był wolny dzień, który zamiast w szkole spędzało się na wycieczce z wszystkimi tego konsekwencjami. Zaś polskie muzea militarne to statyczne wystawy stojącego „pod chmurką” sprzętu, koniecznie otoczonego płotem z tabliczką „zakaz dotykania”. Do tego szklane gabloty z oryginalnymi eksponatami z wykopalisk. I konieczny i egzekwowany rygorystycznie przez panie pilnujące „zakaz fotografowania”. Całe szczęście to powoli się zmienia.
Zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę i doceniać to, jak w krajach zachodnich dba się o historię i jej zachowanie, także w muzeach. Bo na zgniłym zachodzie dawno już doszli do tego, że by zachować historię i pamięć nie wystarczy stawiać pomniki i pielęgnować cmentarze, ale trzeba postawić na historię żywą i pokazanie jej w muzeum.
Tego rodzaju edukacja historyczna ma dwa cele: po pierwsze pozwala doskonale zachować eksponaty z danej epoki historycznej, po drugie eksponować je tak, by były ciekawe i wciągały widza w daną epokę. U nas tez tak kiedyś robiono, czymże innym jest Panorama Racławicka?
Polskie muzea są biedne, bo wtedy, kiedy „tam” (na zachodzie) zbierano wojenne pamiątki, by zachować pamięć i historię, a „gdzie indziej” (na wschodzie) zbierano wojenne pamiątki, by wykorzystać do końca wszystkie ew. zdobycze techniki, u nas przekuwano miecze na lemiesze. I to dosłownie, bo każdy kilogram stali ze stojących po polach czołgów itp. miał się przydać odbudowywanej gospodarce, a zachowanie choć kilku sztuk obcych pojazdów dla celów muzealnych zapewne wydawała się marnotrawstwem. No i wszyscy chcieli zapomnieć o wojnie. Teraz gdy już możemy robić coś więcej polskie muzea militarne nie stać na dobre ekspozycje. Pewnie całe środki przeznaczają na powiększenie swoich zbiorów. Bo przecież czasem więcej eksponatów znajduje się w rekach prywatnych kolekcjonerów i ich muzeów niż w tych oficjalnych, państwowych i samorządowych placówkach.
Oczywiście istnieje jedno z lepszych i nowocześniejszych polskich muzeów – Muzeum Powstania Warszawskiego, którego ekspozycje i pomysły na pokazanie historii mogą być wzorem dla innych, ale wg mnie cierpi ono na tak potwornie polski kompleks, że niemal odpada z konkurencji. Pewnie kiedyś o tym jeszcze napiszę.
No i mamy Muzeum II Wojny Światowej, które daje nadzieję, że będzie na pewnym poziomie.
Inaczej nadal będziemy musieli jeździć do muzeów militarnych na Zachodzie, w Niemczech, Belgii, Holandii, Francji, czy małym Luksemburgu...
Zubek
Ps. Diorama, która tak mnie zachwyciła znajduje się w Narodowym Muzeum Militarnym w Luksemburgu w miejscowości Diekirch http://www.mnhm.lu/www/usa/ . Nasze zdjęcia na stronie: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.541320172547645.131510.322625597750438&type=3
czwartek, 22 maja 2014
Gra, czyli bez publiczności
Szybko, zgięty w pół, wycofuję się na drugą linię. Za chwilę nie widzę już moich kolegów ukrytych w lesie. Maskujące mundury i oporządzenie idealnie zlewają się z jesiennym lasem.
Jeszcze przed godziną, szykiem ubezpieczonym, poruszaliśmy się drogą, ale zmiótł nas z niej jeden gest naszego sierżanta, a po chwili cichy okrzyk: „Niemcy!”. Wydawane rozkazy rozłożyły nas w zasadzce. Serce zabiło mocniej, zagrożenie wydawało się realne – weszliśmy na wroga, którego nie powinno jeszcze tu być!
Szybko ustawiona zasadzka miała szansę na powodzenie pod warunkiem, że dostrzegliśmy go pierwsi… Schowani za leżącymi pniami, za drzewami i każdym zagłębieniu terenu, w mokrych liściach, przez godzinę czekaliśmy w napięciu, przygotowani także na obronę na skrzydłach.
Niestety nie nadeszli, co mogło znaczyć, że są sprytniejsi niż byśmy chcieli i stanowią realne zagrożenie, tym większe, że jest ich więcej. Szybko zmieniliśmy stanowiska, przygotowując się do obrony. Wtedy przeniosłem sztab na drugą linię…
To fragment moich wspomnień z weekendowej gry wojennej czterech stowarzyszeń rekonstrukcji historycznej: polickiego 549 VGD, szczecińskich Borujsko i Zachód 1944 oraz warszawskiego PSZ.
W lasach w okolicach Swobnicy i Bani staraliśmy się odtworzyć epizod realiów zimowych walk w Ardenach w roku 1944. Ponad 30 dorosłych chłopów przez cały dzień uganiało się za sobą po lesie realizując zadania zlecone przez organizatora, starając się unikać siebie, lub wprost przeciwnie – usilnie szukając „wrogów”, broniąc lub atakując zadane cele.
Po co?
Ano, po pierwsze, te nasze gry tak naprawdę na swój użytek nazywamy „manewrami”, co sugeruje poważne ćwiczenia wojskowe. I coś w tym jest, bo to, co w rekonstrukcji historycznej jest najbardziej widowiskowe – inscenizacje, wymaga przećwiczenia wielu elementów. To, że w czasie przedstawienia jakiegoś epizodu wojennego tyraliera tak pięknie się rozwija, a żołnierze ruszają do ataku skokami niemal tak sprawnie jak ci, których przedstawiają, to właśnie efekt takich ćwiczeń i manewrów. Niektórym manewry uzmysławiają braki w kondycji i sprzęcie, inni uczą się poruszać po lesie, rozpalić ognisko, ugotować zupę, lub herbatę w warunkach terenowych.
Niemniej ważny jest klimat samej gry, która najczęściej dotyczy jakiegoś prawdziwego epizodu wojennego. Na co dzień czytamy książki i wojenne historie, szczególnie ceniąc sobie wspomnienia żołnierzy i dowódców. Zwłaszcza te, które opisują nie tyle ruchy wojsk i strategię, co emocje i osobiste przeżycia naszych bohaterów. Gry wojenne pozwalają nam, choć w minimalnym stopniu, wczuć się w nich życie i doznać tych samych emocji. Kiedy chowasz się w obawie przed tym, że zobaczy cię wróg, a serce bije coraz szybciej, kiedy skradasz się jak Indianin, by zajść Niemców od tyłu i wydaje ci się, że bicie serca i twój przyspieszony oddech słychać na dziesiątki metrów… możesz, choć w najmniejszym stopniu, poczuć czas roku 1944.
Oczywiście zawsze można powiedzieć, że te dwa argumenty to czyste harcerstwo i skautowe gry terenowe, w które młodzi ludzie bawią się od czasów lorda Baden-Powella. Tak jest, ale prawdę powiedziawszy, to sam twórca skautingu i jego kontynuatorzy swoje gry wzorowali na wojskowych manewrach.
Jest także kolejny powód, dla którego ruszamy na nasze gry. Uzbrojenie i wyposażenie żołnierzy drugiej wojny światowej składa się z dziesiątków elementów i każdy z nich jest dla nas ważny. Na inscenizacjach, dioramach i lekcjach żywej historii staramy się jak najlepiej opowiedzieć o nich odwiedzających nas ludziom. Ale nie wszystko można wyczytać w książkach i internecie, często tylko na własnej skórze można doświadczyć jak bardzo niepraktyczna do okopania się jest brytyjska saperko-kopaczka, jak zawodne bywa niemieckie oporządzenie z wypinającymi się szelkami, jak niewiele mieści się w małym plecaczku… itd. Dzięki temu gdy mówimy o tym jak ciężko było żołnierzom nosić lekki karabin maszynowy jesteśmy bardziej wiarygodni, bo sami nosiliśmy go kilometrami i biegaliśmy z nim po lesie.
Jeśli kogoś nie przekonały powyższe argumenty niech pomyśli o nas jako o grupie szaleńców, którzy urwawszy się z domów, szkół, pracy, czyli skrzeczącej rzeczywistości, spędzili dzień na łonie natury, spacerując po lesie, w niezwykle pięknych okolicznościach przyrody, z dala od komputerów, telewizorów i polityki. No i dobrze się bawiliśmy w prawie zupełnie męskim towarzystwie, co jest szczególnie ważnym argumentem dla naszych żon, którym znikanie mężów na weekend może się kojarzyć z… no źle się może kojarzyć. A tymczasem noc z piątku na sobotę, trzydziestu facetów spędziło najpierw na wykładzie o uzbrojeniu i taktyce piechoty od Filipa Macedońskiego do późnego średniowiecza, a później do wczesnych godzin porannych dyskutując zażarcie o historii i jej alternatywach. No wiem, jesteśmy inni, ale wg mnie jest to zdecydowanie lepsze od rozmów o polityce, piłce nożnej i zdrowiu…
Gra musiała się skończyć czyimś zwycięstwem, ale nikt specjalnie nie przyłożył wagi do tego kto wygrał, bo w tym naszym dziwnym świecie bardziej liczy się sama gra niż jej wygranie.
Ps. Bardzo dziękujemy za gościnę Międzynarodowemu Centrum Turystyki, Kultury i Sportu w Baniach i pani wójt gminy Banie oraz za niezastąpioną pomoc młodzieży z Roty Drabów Bańskich.
Zubek
Felieton opublikowany na www.blogpublika.com, 30. listopada 2013 r.
Zdjęcie Damian "Ziółek" Ziółkowski
Jeszcze przed godziną, szykiem ubezpieczonym, poruszaliśmy się drogą, ale zmiótł nas z niej jeden gest naszego sierżanta, a po chwili cichy okrzyk: „Niemcy!”. Wydawane rozkazy rozłożyły nas w zasadzce. Serce zabiło mocniej, zagrożenie wydawało się realne – weszliśmy na wroga, którego nie powinno jeszcze tu być!
Szybko ustawiona zasadzka miała szansę na powodzenie pod warunkiem, że dostrzegliśmy go pierwsi… Schowani za leżącymi pniami, za drzewami i każdym zagłębieniu terenu, w mokrych liściach, przez godzinę czekaliśmy w napięciu, przygotowani także na obronę na skrzydłach.
Niestety nie nadeszli, co mogło znaczyć, że są sprytniejsi niż byśmy chcieli i stanowią realne zagrożenie, tym większe, że jest ich więcej. Szybko zmieniliśmy stanowiska, przygotowując się do obrony. Wtedy przeniosłem sztab na drugą linię…
To fragment moich wspomnień z weekendowej gry wojennej czterech stowarzyszeń rekonstrukcji historycznej: polickiego 549 VGD, szczecińskich Borujsko i Zachód 1944 oraz warszawskiego PSZ.
W lasach w okolicach Swobnicy i Bani staraliśmy się odtworzyć epizod realiów zimowych walk w Ardenach w roku 1944. Ponad 30 dorosłych chłopów przez cały dzień uganiało się za sobą po lesie realizując zadania zlecone przez organizatora, starając się unikać siebie, lub wprost przeciwnie – usilnie szukając „wrogów”, broniąc lub atakując zadane cele.
Po co?
Ano, po pierwsze, te nasze gry tak naprawdę na swój użytek nazywamy „manewrami”, co sugeruje poważne ćwiczenia wojskowe. I coś w tym jest, bo to, co w rekonstrukcji historycznej jest najbardziej widowiskowe – inscenizacje, wymaga przećwiczenia wielu elementów. To, że w czasie przedstawienia jakiegoś epizodu wojennego tyraliera tak pięknie się rozwija, a żołnierze ruszają do ataku skokami niemal tak sprawnie jak ci, których przedstawiają, to właśnie efekt takich ćwiczeń i manewrów. Niektórym manewry uzmysławiają braki w kondycji i sprzęcie, inni uczą się poruszać po lesie, rozpalić ognisko, ugotować zupę, lub herbatę w warunkach terenowych.
Niemniej ważny jest klimat samej gry, która najczęściej dotyczy jakiegoś prawdziwego epizodu wojennego. Na co dzień czytamy książki i wojenne historie, szczególnie ceniąc sobie wspomnienia żołnierzy i dowódców. Zwłaszcza te, które opisują nie tyle ruchy wojsk i strategię, co emocje i osobiste przeżycia naszych bohaterów. Gry wojenne pozwalają nam, choć w minimalnym stopniu, wczuć się w nich życie i doznać tych samych emocji. Kiedy chowasz się w obawie przed tym, że zobaczy cię wróg, a serce bije coraz szybciej, kiedy skradasz się jak Indianin, by zajść Niemców od tyłu i wydaje ci się, że bicie serca i twój przyspieszony oddech słychać na dziesiątki metrów… możesz, choć w najmniejszym stopniu, poczuć czas roku 1944.
Oczywiście zawsze można powiedzieć, że te dwa argumenty to czyste harcerstwo i skautowe gry terenowe, w które młodzi ludzie bawią się od czasów lorda Baden-Powella. Tak jest, ale prawdę powiedziawszy, to sam twórca skautingu i jego kontynuatorzy swoje gry wzorowali na wojskowych manewrach.
Jest także kolejny powód, dla którego ruszamy na nasze gry. Uzbrojenie i wyposażenie żołnierzy drugiej wojny światowej składa się z dziesiątków elementów i każdy z nich jest dla nas ważny. Na inscenizacjach, dioramach i lekcjach żywej historii staramy się jak najlepiej opowiedzieć o nich odwiedzających nas ludziom. Ale nie wszystko można wyczytać w książkach i internecie, często tylko na własnej skórze można doświadczyć jak bardzo niepraktyczna do okopania się jest brytyjska saperko-kopaczka, jak zawodne bywa niemieckie oporządzenie z wypinającymi się szelkami, jak niewiele mieści się w małym plecaczku… itd. Dzięki temu gdy mówimy o tym jak ciężko było żołnierzom nosić lekki karabin maszynowy jesteśmy bardziej wiarygodni, bo sami nosiliśmy go kilometrami i biegaliśmy z nim po lesie.
Jeśli kogoś nie przekonały powyższe argumenty niech pomyśli o nas jako o grupie szaleńców, którzy urwawszy się z domów, szkół, pracy, czyli skrzeczącej rzeczywistości, spędzili dzień na łonie natury, spacerując po lesie, w niezwykle pięknych okolicznościach przyrody, z dala od komputerów, telewizorów i polityki. No i dobrze się bawiliśmy w prawie zupełnie męskim towarzystwie, co jest szczególnie ważnym argumentem dla naszych żon, którym znikanie mężów na weekend może się kojarzyć z… no źle się może kojarzyć. A tymczasem noc z piątku na sobotę, trzydziestu facetów spędziło najpierw na wykładzie o uzbrojeniu i taktyce piechoty od Filipa Macedońskiego do późnego średniowiecza, a później do wczesnych godzin porannych dyskutując zażarcie o historii i jej alternatywach. No wiem, jesteśmy inni, ale wg mnie jest to zdecydowanie lepsze od rozmów o polityce, piłce nożnej i zdrowiu…
Gra musiała się skończyć czyimś zwycięstwem, ale nikt specjalnie nie przyłożył wagi do tego kto wygrał, bo w tym naszym dziwnym świecie bardziej liczy się sama gra niż jej wygranie.
Ps. Bardzo dziękujemy za gościnę Międzynarodowemu Centrum Turystyki, Kultury i Sportu w Baniach i pani wójt gminy Banie oraz za niezastąpioną pomoc młodzieży z Roty Drabów Bańskich.
Zubek
Felieton opublikowany na www.blogpublika.com, 30. listopada 2013 r.
Zdjęcie Damian "Ziółek" Ziółkowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)


